esencja życia

Życie to nie dar lecz odwieczne prawo. Byliśmy, jesteśmy i będziemy.

BIOGRAFIE

.

BIOGRAFIE  POSTACI  SZLACHETNYCH  I  TYCH  MNIEJ  DOSKONAŁYCH, KTÓRE  ŁĄCZY  JEDNO: NIEZWYKŁA BIOGRAFIA  I/LUB  DOKONANIA  W  RÓŻNYCH  DZIEDZINACH

1) Aleksandra  David – Neel (1868-1969)

2) Wolfgang  Amadeus  Mozart (1719-1787)

3) Maria  Konopnicka (1842-1910)

4) Johann  Sebastian  Bach (1685-1750)

5) Ernest  Hemingway (1899-1961)

3

1) ALEXANDRA  DAVID – NEEL (1868-1969):

Nazywana jest najbardziej zdumiewającą kobietą naszych czasów. Dzięki swym podróżom, odkryciom i pisarstwu zyskała międzynarodową sławę. Zafascynowana filozofią Dalekiego Wschodu, jako pierwsza Europejka dotarła na początku XX wieku do Tybetu do miejsc zamkniętych dla cudzoziemców. Znalazła się w sercu tybetańskiego buddyzmu. W książce Mistycy i magowie Tybetu sugestywnie oddaje atmosferę wyprawy, opisując zgłębiane przez nią praktyki magiczne, techniki medytacji, rytuały i niezwykłości tego ezoterycznego świata, w którym tybetańscy mnisi w niesamowity sposób pokonują ograniczenia własnego ciała.Ta nieustraszona podróżniczka odbyła całe lata praktyk jogicznych w Himalajach po to, by zyskać bogate doświadczenie w dziedzinie zjawisk, które Zachodowi znane są jedynie z dawnych legend tybetańskich. Osiągnęła godność lamy.

A. David-Néel urodziła się 24.10. 1868 roku w Paryżu, a następnie wraz z rodzicami zamieszkała w Brukseli. Była urodzoną podróżniczką, już jako kilkuletnie dziecko uciekała z domu i przerażeni rodzice musieli jej szukać po okolicy. Nie potrafiła usiedzieć w domu, pociągał ją świat, obce kraje i niekończące się wyprawy gdzie oczy poniosą. W wieku 21 lat miała już na swoim koncie samotną podróż do Londynu i Szwajcarii oraz wyprawę rowerową do Hiszpanii i dookoła Francji.

W młodości miała kontakt z anarchistami i feministkami i została współpracowniczką „feministycznej” gazety La Fronde prowadzonej wspólnie przez kobiety. Uczestniczyła w zjazdach Krajowej Rady Kobiet Francuskich, ale odrzucała niektóre ze zgłaszanych tam postulatów (np. prawo głosu), opowiadając się raczej za walką o emancypację w wymiarze ekonomicznym, gdyż zasadniczą przyczynę niedoli kobiet postrzegała w tym, iż nie mogły być niezależne finansowo.

Zafascynowała ją filozofia Dalekiego Wschodu i rozpoczęła studia orientalistyczne w Paryżu. W 1890 roku Alexandra pojechała do Indii. Przemierzyła ten kraj wzdłuż i wszerz. Wróciła do Europy zauroczona tamtejszą kulturą i zachwycona krajobrazami. Wkrótce wyruszyła w następną podróż, tym razem do północnej Afryki. Tam poznała inżyniera Philippe’a Neela, któremu udało się skłonić ją do małżeństwa. Jednak życie rodzinne zupełnie nie pociągało Alexandry i pan Néel musiał pogodzić się z tym, że jego żona przedkłada włóczęgę nad domowe ciepło. W 1911 roku Alexandra ruszyła ponownie do Indii. Wyjeżdżając obiecała mężowi, że wróci po kilkunastu miesiącach. Zobaczyli się ponownie dopiero w 1925 roku. Ale tylko na chwilę, bo Aleksandra znów wyruszyła na wyprawę. Podczas kilkudziesięciu lat spędzonych na wędrówkach Alexandra z niezwykłą pasją zgłębiała tajemnice środkowej Azji. Poznała sanskryt, czyli starożytny indyjski język, w którym przed wiekami spisano wiele dzieł literackich oraz którego używa się podczas ceremonii religijnych. Nauczyła się również języka tybetańskiego. Znajomość języków, odwaga i upór pozwoliły jej dotrzeć do miejsc najważniejszych dla kultury tego regionu, czyli do klasztorów buddyjskich. Alexandra poznała tam mnichów, nauczycieli i przewodników duchowych buddyzmu, którzy w Indiach noszą miano guru, a w Tybecie zwani są Lamami. Rozmowy z mędrcami pozwoliły jej poznać filozofię wschodu, a z czasem nawet uzyskać godność lamy. W jednym z klasztorów spotkała młodego mnicha, który nazywał się Aphur Yongden. Został on przewodnikiem Alexandry, a z czasem jej wiernym towarzyszem podróży. Wraz z Yongdenem przemierzyła Himalaje, udało jej się przetrwać zimę wśród najwyższych gór świata. Pokonywała również granice ustanowione przez ludzi. Przebrana za żebraczkę przedostała się do zamkniętej stolicy Tybetu, Lhasy. Alexandra zawędrowała także do Japonii i Korei, przewędrowała Chiny i Mongolię. Swoją ostatnią podróż do Indii odbyła w wieku 78 lat. Później wróciła do Francji i tam żyła jeszcze bardzo długo, spisując wszystkie swoje przygody i wiedzę o świecie zdobytą w trakcie wielu lat podróżowania. W wieku 100 lat wystąpiła o nowy paszport. Jednak już nigdzie nie pojechała. Alexandra zmarła 8.9. 1969 roku, dożywszy prawie 101 lat.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

?????????????????????????????

2) WOLFGANG  AMADEUS  MOZART (1756-1791)

Autor: Kaśka Paluch  

GENIUSZ  BUDOWANY  NA  CIERPIENIU

Kobiety w ciąży słuchają jego symfonii, bo to podobno ma zbawienny wpływ na inteligencję dziecka – jego utwory słyną z doskonałych klasycznych proporcji i pięknej melodyki. Lecz tym postrzeganym jako niedościgniony geniusz kompozytorem w rzeczywistości targały skrajne emocje, zaburzenia emocjonalne, psychiczne i seksualne.

 Doktor Bernd Oberhoff, jeden z najsłynniejszych psychanalityków muzyki z Munster, stwierdził niedawno w swojej pracy „Mozart Eine psychoanalitysche Studie”, liczącej – bagatela – niemal 700 stron, że Mozart cierpiał na poważne zaburzenia lękowe. W swojej analizie stwierdza fazy oralne, analne, lęki kastracyjne, kompleks Edypa i skłonności sadystyczne niczym z tekstów Markiza de Sade. Fazy oralne i analne są u człowieka zjawiskiem zupełnie normalnym – w okresie niemowlęctwa (ta druga mija, u zdrowego człowieka, najpóźniej w piątym roku życia). Swoją teorię opiera na analizie związków Mozarta z jego rodzicami, zwłaszcza ojcem, a analogii potwierdzających teorii doszukuje się zwłaszcza w operach kompozytora. Libretto „Idomeneo, król Krety” ma na przykład potwierdzać kompleks Edypa u Mozarta – dzieło opisuje bowiem historię miłości, w którą wtrąca się ojciec ukochanej bohatera opery. Trudno ukryć fakt, że przez całe życie Mozart żył ze swoim ojcem w specyficznych związkach. Leopold Mozart był bowiem nie tylko jego wychowawcą, ale też kimś, kogo dziś nazwalibyśmy menedżerem. Ojciec Wolfganga przyuczał swojego syna do zawodu muzyka w podobny sposób, w jaki szewc uczyłby fachu swojego potomka – ku podtrzymaniu tradycji.

Nie było to zresztą w czasach im współczesnym niczym nadzwyczajnym. Muzyka stanowiła rzemiosło w stopniu znacznie wyższym niż to ma miejsce dziś i rzadko kiedy zajmowali się nią szlachcice. Była domeną niższej, miejskiej, klasy, a kompozycje nierzadko bywały niczym innym, jak pod miarę przyszykowanym produktem. Pisano dzieła na zamówienie, pod gust konkretnego odbiorcy (oraz zleceniodawcy), zgodnie z aktualnie panującymi trendami i zasadami. Był to jeden z powodów swoistego ostracyzmu twórców, których utwory dziś są przykładem forpoczty nowych stylów i gatunków. Mozart miał z tym spory problem. Z jednej strony nie chciał zawieść ojca, któremu był posłuszny, z innej – pragnął akceptacji społeczeństwa. Ale był też niekwestionowanym geniuszem, którego talent dusił się w ciasnych ramach form – nie tylko muzycznych, także społecznych. I jakkolwiek wątpliwości budzić może psychoanaliza Oberhoffa, przeprowadzona bez koniecznej w tej dyscyplinie rozmowy z „pacjentem”, przyglądając się biograficznym faktom i treściom listów Mozarta, trudno nie podejrzewać słuszności jego tez. Niektóre potwierdzone zachowania kompozytora czy jego wypowiedzi, zdradzają możliwość wystąpienia podobnych problemów. Uzależnienie od innych ludzi i brak samowystarczalności, o których między innymi można się przekonać z jego biografii, to, według teorii psychoanalitycznych, efekty nieprawidłowo przeżytej dziecięcej fazy oralnej (która u Mozarta mogła się po prostu nigdy nie zakończyć), podobnie jak nadmierne zainteresowanie zagadnieniem ludzkich fekaliów, o którym bardzo często Mozart wspominał w swoich listach. Potwierdzanie tych hipotez przypomina wróżenie z fusów, ale w tym szaleństwie jest jakaś metoda. Freud miałby z nim sporo roboty, gdyby Mozart trafił do niego na kozetkę.

„Jeśli nie zdążysz, zostanie tylko g…”

Życie Wolfganga Amadeusza Mozarta jest typowym, choć osiemnastowiecznym, przykładem pewnego wypaczenia dzieciństwa, mającego konsekwencje w życiu dorosłym. Jako „genialne dziecko”, tego dzieciństwa właściwie nigdy nie zaznał. Gry na klawesynie uczył się od piątego roku życia, a jako jedenastolatek potrafił grywać na nim duety –  z zamkniętymi oczami. Kilka lat później skomponował swój pierwszy „Menuet”. Podczas gdy jego rówieśnicy beztrosko biegali po podwórku, Wolfgang odbywał już swoje pierwsze tournee koncertowe, zabawiając błyskotliwą i wirtuozerską grą dworzan w Monachium, Linzu, Paryżu, Frankfurcie, a zwłaszcza w Wiedniu, który Mozart pokochał i z którym pragnął związać się na stałe. Do tego stopnia, że zrezygnował z ciepłej posadki w Salzburgu u arcybiskupa Hieronymusa von Colloredo (dodatkowo sprzyjało temu nieporozumienie z pracodawcą). I choć kompozytora szybko wciągnęło dorosłe, zarobkowe życie, wciąż tętnił w nim – choć głęboko ukryty – temperament małego dziecka. Dowodzić temu ma, między innymi, niepokojąca fascynacja skatologią, czyli niczym innym, jak ludzkimi fekaliami.

Jego listy, zwłaszcza te słane do kuzynki Marii Anny Tekhli, są owym tematem wręcz przesycone (jakkolwiek niefortunne wydaje się takie określenie w tym kontekście). W listopadzie 1777 roku pisał do niej z Monachium takimi słowami: „Wybacz to koszmarne pismo, ale moje pióro jest już stare i zużyte, choć ja tymczasem już prawie 22 lata sram wciąż tą samą dziurą, a jeszcze nie jest ani zużyta, ani rozdarta. A przecież sram często, zębami wyciągając gówniane knuty. (…) Muszę już kończyć, bo nie jestem jeszcze ubrany, a jak się ubiorę, to zasiądziemy sobie sprawiedliwie do stołu, żeby potem znowu móc się sprawiedliwie wysrać”. Niedługo później autor tego listu napisał jedną ze swoich najsłynniejszych symfonii, zwaną „Paryską”, a jeszcze później wspomnianą już operę „Idomeneo, król Krety”. Według uczonych pochylających się nad treścią listów Mozarta, szczególnie tych skupionych na temacie wydalania, jest to dowód na swoiste psychoemocjonalne wycofanie kompozytora. Zainteresowanie fekaliami jest bowiem czymś typowym dla małych dzieci, z wiekiem jednak przechodzi – u Mozarta było inaczej.

Niektóre teorie głoszą więc, że Mozart, na pewnych poziomach rozwoju psychoseksualnego nigdy nie dojrzał. W jego listach infantylizm – nie tylko na tym poziomie – uwidacznia się zresztą dość często. Było to jednym z powodów, dla których jego syn, Carl Thomas, stanowczo sprzeciwiał się publikacji listów ojca, które mogłyby zaszkodzić jego wizerunkowi. Sytuację opisuje Ireneusz Dembowski w fantastycznej i monumentalnej pracy „Wolfgang Amadeusz Mozart. Listy” zbierającej i charakteryzującej bogatą korespondencję kompozytora.

Znajdujemy tam jeszcze jeden interesujący przykład osobliwej fascynacji kompozytora. W lutym 1778 roku, niedługo przed śmiercią jego matki, Anny Marii, i podróżą do Paryża (w celu prezentacji wspomnianej symfonii) do tej samej kuzynki pisał: „Za dwa tygodnie jadę do Paryża i jeśli chcesz mi odpisać, to się pośpiesz, abym list mógł jeszcze otrzymać, bo inaczej już mnie tu nie zastanie i zamiast listu będzie… gówno! Gówno! Gówienko! Gówienko! Ach! Gówienko! Cóż to za słodkie słowo! Gówienko! Posmakuj! Niezłe? Spróbuj gówienka! Poliż gówienko! Charmant! Poliż raz jeszcze! Jakież to dobre! Jakież to miłe! Jakież to smaczne! Gówienko! Popróbuj! Poliż! Posmakuj! Pocmokaj! Ach! Gówienko!”. I jakkolwiek między życiem prywatnym twórcy a jego dziełami zwykło się stawiać wyraźną granicę, lektura tych słów, które wyszły spod tego samego pióra, co – chociażby – opera „Uprowadzenie z Seraju”, może niektórych miłośników Mozarta przyprawić o stan przedzawałowy. Tłumaczyć można to jednak pewną formą odreagowania – Michael Jackson utracone dzieciństwo rekompensował sobie budową gigantycznego lunaparku a Mozart… takimi zabawnymi tekścikami.

„Gałgan nie daje się opanować”

Specyficzna osobowość Mozarta przejawiał się też w jego słowach dotyczących miłości, szczególnie fizycznej. W listach do swojej ukochanej żony, Konstancji Weber, wielokrotnie podkreśla prawdziwość i wartość swoich uczuć – za każdym razem potwierdza swoją wierność (choć dziś wiemy, że i z jej dotrzymaniem miał problem). „Wiedz, że codziennie przed zaśnięciem, przez dobre pół godziny rozmawiam z twoim portretem, podobnie po przebudzeniu” – pisał do niej z Drezna w 1789 roku, dodając w kolejnym liście: „Jak mogłaś w ogóle pomyśleć, czy choćby tylko przypuścić, że zapomniałem o tobie? Jak to możliwe? Za takie myśli już pierwszej nocy dostaniesz klapsa”. Mozart był znany z hulaszczego trybu życia (co wzbudzało potężne niezadowolenie Leopolda, który często pytał syna o to, czy regularnie się spowiada) i nie tylko bogatej muzycznie, ale też erotycznie, wyobraźni. Częste podróże i długie rozłąki z ukochaną z pewnością dodatkowo ją rozbudzały: „Przygotuj, jak trzeba, swe piękne gniazdeczko, bo mój mały urwis na to zasłużył” – pisał do żony z Berlina – „Wyobraź sobie tę szelmę, jak – kiedy do ciebie piszę –  wysuwa się powoli spod stołu i gapi się pytająco. Ja jednak nie śpię, daję mu  prztyka w nos, ale ten maluch (…) Teraz rozpalił się gałgan jeszcze bardziej i w ogóle nie daje się opanować”.

Jak to zwykle bywa w przypadku postaci legendarnych, tak biografia Wolfganga Amadeusza obrosła w sporą ilość mitów, teorii spiskowych i niedomówień. Przoduje w tym film Milosa Formana „Amadeusz”, pokazujący Mozarta ze zgoła innej strony, niż zwykło się postrzegać genialnych twórców okresu klasycznego. Scenariusz w kilku miejscach mija się jednak z prawdą, podobnie jak inne legendy o życiu, a zwłaszcza śmierci kompozytora. Nie było jeźdźca na czarnym koniu, nie było pogrzebu w okowach nocy – Mozarta pochowano w zbiorowym grobie dla ubogich, bo taka była tradycja (a nie z braku szacunku). Konduktu żałobnego – który szedł pod pięknym grudniowym słońcem – także nie było, bo nie pozwalały na to ówczesne przepisy sanitarne. A jego żona długo zwlekała z poinformowaniem o śmierci męża, by nie stracić grantu z zamówionego przed jego śmiercią „Requiem d-moll” (jak wiadomo, dzieło na podstawie szkiców Mozarta, dokończył jego wspólnik Süssmayr). Dowodzi to także temu, że – wbrew powszechnym opiniom – Mozart mimo swojej genialności, robił szkice i pisał niektóre kompozycje „na brudno” (a nie wprost z głowy). Jednak choć okoliczności śmierci Mozarta były całkiem „zwyczajne”, jak na współczesne mu czasy, trudno nie podejrzewać, że kompozytora do grobu wpędziło coś więcej, niż gorączka i paciorkowiec.

 Mania, depresja, paranoja

Dość dokładnie tematem tym zajmuje się Elias Norbert w książce „Mozart. Portret geniusza”. Autor pracy próbuje zanalizować biografię kompozytora pod kątem socjologicznym. Wspomniana wyżej potrzeba akceptacji społeczeństwa nie była tylko chęcią przypodobania się swoim odbiorcom i idącym za tym korzyściom finansowym. Według Norberta, Mozart przez całe swoje życie tkwił w przekonaniu, że nikt go nie kocha – nie miał też pewności, że na tę miłość w ogóle zasługuje. Przyczyną tego najprawdopodobniej był surowy, „zimny” – jak powiedzieliby dziś specjaliści od pedagogiki – chów jego ojca, który na syna przelewał swoje ambicje. Norbert porównuje tę sytuację do psychoterapeutycznej relacji „possesive mother” – zaborczej matki. W tym wypadku nie o Annę Marię chodziło jednak, a o Leopolda, który „nad Mozartem pracował jak nad rzeźbą”. Sam popadł w depresję, nie mogąc realizować swoich twórczych marzeń, nadzieję położył więc w synu. Mozart był tego świadom i z tego też pewnie powodu do końca życia nie uwolnił sumienia od poczucia zależności wobec ojca – nawet po jego śmierci.

Mozart zaznał długiego epizodu, w którym doceniano kunszt jego kompozycji i wykonawstwa, często jednak czuł się raczej jak zabawka, „małpka w ZOO”, niż pełnowartościowy artysta („Każdy wie, że do niczego innego, jak do rzępolenia się nie nadaję” – miał kiedyś stwierdzić). Mozart popularność i sławę zdobywał więc sporym kosztem siebie. Balansował na granicy intensywnie rozbudzonych własnych potrzeb twórczych a oczekiwań społeczeństwa względem niego. Często bywał na tak zwanych salonach, ale jako mieszczanin etykiety szlacheckiej musiał się przyuczyć. Podobno bardzo chciał wczuć się w ten sztuczny klimat, nawet w noszenie peruki, ale jego buntownicza natura nie pozwalała mu na cały ten „teatr” spojrzeć innym, niż sarkastycznym, wzrokiem. Zdarzało mu się pisać kompozycje „pod publiczkę” (taki miał być „Koncert fortepianowy F-dur”), które później odreagowywał utworami niebezpiecznie wykraczającymi poza akceptowane wtedy granice stylistyczne (jak w „Koncercie fortepianowym d-moll”). Można powiedzieć, że usilnie próbował okiełznać swój geniusz, lecz ten – często – wymykał mu się spod kontroli. Elias Norbert podejrzewa, że ten wewnętrzny konflikt, mógł doprowadzić kompozytora do zaburzeń maniakalno-depresyjnych z epizodami paranoicznymi oraz emocjonalnej autodestrukcji. Szybko uzależniał się od miejsc, ludzi i uczuć, a przez to odsłaniał i wystawiał na pewien odstrzał twardej rzeczywistości.

Atmosfera ta jest wyczuwalna choćby w jego korespondencji z żoną – widać dokładnie, że Mozart każdą wolną chwilę spędzał na pisaniu, choćby krótkich, listów do Konstancji często beznadziejnie oczekując od niej informacji zwrotnej. We wszystkim, co robił, zatracał się bezgranicznie – a to go wyniszczało. Żona eksploatowała Mozarta nie tylko emocjonalnie, ale też finansowo. Sponsorował na przykład jej częste wyjazdy do uzdrowiska Baden bei Wien – choć trudno odmówić ich konieczności – w ciągu dziewięciu lat małżeństwa z Mozartem w ciążę zaszła sześciokrotnie (dzieciństwo przeżyli jednak tylko dwaj synowie), przez co podupadała na zdrowiu. Największym ciosem dla kompozytora był jednak szybki rozkład miłości – pod koniec życia Mozart czuł się przez Konstancję zdradzony i opuszczony. Podobnie jak przez społeczeństwo, zwłaszcza wiedeńskie, które przestało kompozytora doceniać.

Ja – Artysta – Bóg

Przyzwyczajony do ekstrawaganckiego i bogatego stylu życia artysta, prędko strwonił swój majątek i umierał w biedzie. Pod koniec życia stracił więc dwa najsolidniejsze filary egzystencji – miłość swojego życia i szacunek odbiorców jego utworów. Warto bowiem pamiętać, że Wolfgang Amadeusz tworzył w czasach klasycznych, w których romantyczne pojęcie artysty-geniusza czy artysty-boga było jeszcze czystą abstrakcją. A Mozart czuł się bardziej bogiem, niż rzemieślnikiem. Sam o sobie pisał, jak o kimś, „kto ma talent superieur (a nie chcąc obrazić Boga, nie mogę zaprzeczyć, że jest on mym udziałem)”.

Paranoiczne usposobienie artysty miało swoje podwaliny w stałym konflikcie, w jakim się znajdował. Jako drobnomieszczanin miał spory problem z przystosowaniem do dworskiego życia, a jako kompozytor musiał stale i usilnie zabiegać o względy innych. Jego sytuacja była więc dramatyczna – z jednej strony gardził wszelkimi cechami społecznej warstwy arystokratów, z drugiej – desperacko potrzebował jej uznania. Szybko przekonał się o wrogim nastawieniu otoczenia, z którym nie potrafił się uporać. Często pisał, że prawdziwych przyjaciół można znaleźć tylko wśród ludzi biednych, że bogaci o przyjaźni zapominają. Życie Mozarta można więc porównać do nieustannej walki o przetrwanie, która – przy częstych sytuacjach potwierdzających jej nieskuteczność – jest już tylko o krok o lekką paranoję. Norbert zauważa, że szczególnie silny wydźwięk miało to w okresie paryskim, kiedy kompozytor zabiegał o wymarzoną posadę. Natura kompozytora buntowała się przeciwko konieczności bycia uległym wobec jego przełożonych i środowiska arystokratycznego, którą jednak musiał w sobie przepracować, by realizować marzenia. Długo jednak nie wytrzymał – przeniesienie do Wiednia było dla niego, nie tylko symbolicznym wyzwoleniem się z okowów  pracy w służbie dworskiej i przemiany w artystę „wolnego”. Dodatkową trudność sprawiał fakt, że decyzja Mozarta była wyraźnym sprzeciwem wobec oczekiwań jego ojca, który za dworską posadą syna usilnie lobował. Kompozytor wszelkie nadzieje położył w środowisku wiedeńskim, na którym – jak pokazuje historia – mocno się zawiódł. Opinia Wiednia była dla Mozarta najważniejsza, ale publiczność austriackiej stolicy była wymagająca i… szybko się nudziła.

Wolfgang Amadeusz Mozart był geniuszem i miał tego pełną świadomość. Przez całe swoje życie próbował doścignąć własny obraz siebie, utalentowanego, docenianego, szanowanego i sławnego Artysty. Lawina niepowodzeń, jaka spadła na niego (szczególnie pod koniec życia) kazała mu jednak coraz częściej myśleć o sobie w kategorii nieudacznika. Jego fantazje i marzenia, którymi żył, rzadko znajdowały potwierdzenie w faktach. Z jego listów i podań osób trzecich wyłania się obraz człowieka nie potrafiącego znaleźć harmonii między jego własnymi pragnieniami, oczekiwaniami wobec innych a nade wszystko – oczekiwań społeczeństwa i rodziny wobec niego. Akordy idealnie brzmiały tylko w jego operach, symfoniach i koncertach – być może tylko tam mógł odnaleźć konsonanse, które gubił we własnym życiu.

Muzyka była dla Mozarta najważniejszym aspektem i jedynym solidnym filarem, choć i nią często musiał grać, jak kartą przetargową. Wewnętrzne konflikty, które odcisnęły piętno na jego psychice, znalazły odpowiedź i rozwiązanie w perfekcyjnej, klasycznej harmonii jego utworów. Mozart wyprzedził swoje czasy nie tylko w sensie stricte artystycznym. Urodził się kilkanaście lat za wcześnie, w czasach gdy jego marzenie o wolności artysty było nierealizowalne (a osiągnąć to zdołał już chociażby czternaście lat młodszy od niego Beethoven). Romantyczny kompozytorzy nie osiągnęliby jednak tego, gdyby Mozart w pewnym sensie nie przetarł im szlaków. A jego wybitne kompozycje, właśnie dlatego, że okupione były tak wielkim cierpieniem swojego twórcy, tym bardziej zasługują na szacunek.

Wszystkie cytaty z listów Mozarta pochodzą z książki Ireneusza Dembowskiego „Wolfgang Amadeusz Mozart – Listy”.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

kwiaty

3) MARIA  KONOPNICKA (1842 – 1910)

Autor: Michał  Zygmunt

Przedstawiana jako wzór cnót, twórczyni zakochana w Polsce i Bogu, moralna opoka Narodu i wzorzec oddania Ojczyźnie, Maria Konopnicka jest ofiarą jednego z największych fałszerstw polskiej historii literatury. W rzeczywistości pisarka była bowiem postępową, samodzielną lesbijką niestroniącą od licznych romansów z młodszymi mężczyznami.

Polacy jak mało który naród mają skłonności do brązownictwa. Biografie naszych narodowych bohaterów i sławnych pisarzy zmieniamy w poprawne, wyidealizowane historyjki, zmieniając ludzi z krwi i kości w postacie niemal święte, bez skazy i zmazy. Nic dziwnego, że jak pisze prof. Przemysław Czapliński, życie najbardziej znanych twórców polskich XIX i XX wieku jest tak naprawdę nieznane. Prywatne dzieje Marii Konopnickiej, sztandarowej postaci szkolnego kanonu lektur, należy do najbardziej utajonych i zakłamanych.

 Urodziła się 23 maja 1842 roku w Suwałkach w rodzinie ziemiańsko-urzędniczej. Przez dłuższy czas jej życie nie odróżniało się od wzorca losu ówczesnych kobiet. Najpierw mieszczańskie wychowanie w wielodzietnej rodzinie, potem wczesne, zawarte już w wieku lat dwudziestu, małżeństwo z Jarosławem Konopnickim, starszym o 12 lat bogatym zarządcą rodzinnego majątku. Zamieszkali razem w jego rodzinnych włościach w ówczesnej guberni kaliskiej, gdzie Konopnicka prowadziła pod naciskiem męża życie gospodyni domowej. Na świat przychodziły kolejne dzieci (aż ośmioro, z których dwa zmarły w niemowlęctwie).

Ten wymarzony przez skrajnych konserwatystów model zdecydowanie Konopnickiej nie odpowiadał. Rwąca do niezależności, pogrążyła się w konfliktach z mężem i dokonała rzeczy wówczas niebywałej: postanowiła od niego odejść. Z dzisiejszej perspektywy zakończenie nieudanego małżeństwa wydaje się naturalne, w XIX wieku jednak był to skandal absolutny, śmiertelny grzech i wydarzenie bezprecedensowe dla lokalnej społeczności. Zachęcona przez pozytywne recenzje jej pierwszego poematu (w tym autorstwa samego Henryka Sienkiewicza) poetka z sześciorgiem dzieci przenosi się do Warszawy. By utrzymać rodzinę pracuje ciężko jako korepetytorka, budując jednocześnie swoją pozycję na scenie literackiej.

W świetle dalszej intymnej historii autorki „Roty” można przypuszczać, że jednym z powodów rozstania z Jarosławem był też nieudany seks i rozbuchane libido pisarki. Po przenosinach do stolicy Konopnicka rzuciła się bowiem w wir romansów, co podkreśla we wspomnieniach wybitny socjolog Ludwik Krzywicki, jej ówczesny znajomy, nazywając ją eufemistycznie „niewiastą mocno kochliwą”. Lubowała się przy tym w mężczyznach znacznie młodszych, niemal chłopcach; jeden z jej pierwszych znanych kochanków, czeski pisarz Jaroslav Vrchlicky, młodszy od niej o 9 lat, był w tym towarzystwie seniorem. Romans z Vrchlickym można też odczytywać jako część planu budowy swojej pozycji. Czech już wtedy był pisarzem znanym, a na początku lat 90. XIX wieku stał się osobistością: członkiem rodzimej Akademii Nauk i Sztuk i posłem do parlamentu Austro-Węgier, później nominowanym do literackiej Nagrody Nobla.

Kolejni kochankowie byli już znacznie młodsi. Z Janem Gadomskim dzieliła Konopnicką różnica aż 17 lat. Był on w latach 80. rozpoznawalną i wpływową postacią warszawskiego środowiska literackiego. Założył „Bibliotekę Dzieł Wyborowych”, popularne wydawnictwo książkowe, był też redaktorem naczelnym „Gazety Polskiej” i autorem bestsellerowej tragedii „Larik”. Oprócz uroków młodego ciała Konopnicka niewątpliwie dostrzegała w Gadomskim szczery patriotyzm, wyrażający się w antyzaborczej działalności i publicystyce, z których autorka „Dymu” także była wówczas znana.

Najgłośniejszy romans Konopnickiej to jednak relacja z Maksymilianem Gumplowiczem. Różnica wieku wynosiła tu 22 lata, co nawet dla współczesnych wydaje się szokujące, wówczas zaś było źródłem niezwykłego skandalu. Gumplowicz był historykiem i etnografem, utalentowanym i zasłużonym, zwłaszcza w dziedzinie nazewnictwa miejscowego w słowiańskich regionach Austro-Węgier. Zakochany w 55-letniej poetce do szaleństwa, chciał więcej niż tylko luźnego romansu.

Budziło to rozbawienie rodziny trzydziestoletniego naukowca; jak pisze Krzysztof Tomasik w swojej książce „Homobiografie”, ojciec Gumplowicza komentował sytuację słowami „zadurzył się w starej babie”. Gdy 28 listopada 1897 roku bawiąca w Grazu autorka „Roty” odmówiła mu spotkania, zrozpaczony Gumplowicz zastrzelił się na placu przed jej hotelem. W pismach i korespondencji Konopnickiej nie zachowały się żadne relacje na temat tej śmierci. Niewykluczone, że wcale jej nie odczuła.

Ostatecznym gwoździem do trumny narodowo-patriotycznego wizerunku pisarki są jej poglądy polityczne, działalność społeczna a przede wszystkim seksualne wybory pod koniec życia. Już od pierwszej książki, poświęconej ludziom nauki prześladowanym przez chrześcijan, atakowana była wściekle przez środowiska katolickie (sama Konopnicka nie była zresztą wierząca, co wywołało problemy przy jej pogrzebie).

Najcięższy grzech Konopnickiej rozpoczął się jednak w roku 1889. Wtedy to poznała młodą malarkę Marię Dulębiankę, z którą natychmiast połączyło ją gorące uczucie. Dulębianka, wówczas postrzegana jako dziwaczka i oryginał, dziś określona byłaby po prostu jako stereotypowa lesbijka. Nosiła męskie stroje, charakterystyczne monokle, surduty, polowała, jeździła konno, strzygła się na krótko. Konopnicka przeciwnie – odmładzała się o wiele lat, lubowała się w sukniach, ozdobach i dodatkach, była niezwykle kobieca.

Popularny dziś typ związku męskiej lesbijki „butch” i kobiecej „femme” nie mógł być wówczas ujawniony i nazwany, stąd pisarka nigdy nie opisała charakteru znajomości z Dulębianką. Co znamienne, w prywatnej korespondencji nazywała ją męskim imieniem „Pietrek” (sama także przybierała męskie pseudonimy literackie). Dulębianka poświęciła dla niej obiecującą karierę artystyczną, wiążąc się z Konopnicką aż do jej śmierci w 1910 roku. Była organizatorką jej pogrzebu, który stał się ogromną manifestacją patriotyczną – acz bez udziału duchowieństwa, oburzonego na poglądy i areligijność poetki. Po śmierci Dulębianki w roku 1919, partnerka Konopnickiej spoczęła na pewien czas w jej grobowcu.

/pierwotna wersja autora została przeze mnie  skrócona/

………………………………………

DSC05576

 4) JOHANN  SEBASTIAN  BACH (1685 – 1750)

Autor: Kaśka  Paluch

Nieobyty, grubiański, lubił dobrze wypić. Spłodził dwadzieścioro dzieci – część ze swoją kuzynką. Za zły śpiew zrzucił chórzystę z balkonu, z innym poszedł na szable, a swoje najweselsze utwory napisał w więzieniu. Czego jeszcze nie wiemy o najsłynniejszym kompozytorze w historii?

 Wielkich artystów i twórców słynnych dzieł zwykliśmy idealizować. Nic dziwnego. Słysząc piękną polifonię monumentalnej „Mszy h-moll” chcielibyśmy widzieć Jana Sebastiana Bacha jako uduchowionego artystę, człowieka o wielkim sercu i otwartym umyśle. Zapominamy przy tym najczęściej, że etos boga-artysty, bohatera sztuki, narodził się dużo później niż słynne dzieła Bacha. I choć genialnemu Niemcowi wielkiego ducha, a przede wszystkim talentu, z pewnością odmówić nie można, należy pamiętać też, że dla Bacha muzyka była po prostu pracą. A imponująca ilość ponad tysiąca kompozycji, w tym kilkudziesięciu utworów-pomników niekoniecznie musiała wypływać ze strumienia weny twórcy. Ich pisanie najczęściej było zwykłym obowiązkiem każdego organisty. Zaś w parze z natchnionymi dziełami nie zawsze szła tzw. iskra boża.

Jan Sebastian Bach umierał w biedzie i chorobie, niewidomy „dzięki” nieudanej operacji oczu, których nie oszczędzał pracą w nocy, przy słabym świetle świec. Nieprawdą jest, jak zwykło się w kuluarach mówić, że kompozytor zmarł na marskość wątroby spowodowaną alkoholizmem. Choć Bach faktycznie dobrego niemieckiego piwa sobie nie odmawiał, był też smakoszem wina, bezpośrednia przyczyna jego śmierci była znacznie bardziej makabryczna. Chorujący na zaćmę kompozytor udał się na leczenie do taniego lekarza – jak się później okazało hochsztaplera. W jej wyniku wzrok Bacha faktycznie chwilowo się poprawił, jednak niedługo mógł się nim cieszyć. W ranę pooperacyjną wdała się infekcja, która spowodowała wylew krwi do mózgu, co z kolei spowodowało całkowity paraliż. Medycyna osiemnastego wieku niewiele mogła w tej sytuacji zdziałać. Jan Sebastian Bach zmarł w wieku 65 lat, zostawiwszy po sobie pokaźną ilość kompozycji. I gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności, większości z tych dzieł prawdopodobnie nigdy byśmy nie poznali. Na makulaturę część rękopisów Jana Sebastiana sprzedał jego pogrążony w chorobie alkoholowej syn (wcześniej ponoć obiecujący muzyk).

Papier nutowy nadawał się bowiem doskonale do pakowania żywności, zwłaszcza mięsa. Legendarna jest historia, jakoby późniejszy kompozytor – Felix Mendelssohn – słynną „Pasję według św .Jana” odnalazł właśnie w mięsnym. Szczęśliwym „Kolumbem Bacha” miała być właściwie jego żona, która akurat w odpowiednim miejscu i czasie udała się na zakupy i przytomnie ten nietypowy papier do pakowania przekazała swojemu zdolnemu mężowi, który zdołał ocalić utwór od zapomnienia. Czy to historia prawdziwa – nie wiadomo. Ciekawostka przyjęła się jednak i nietrudno w nią uwierzyć, zważywszy na specyfikę tamtych czasów. Wtórne wykorzystywanie papieru nutowego nie było niczym dziwnym, nie oznaczało też braku szacunku do ich twórcy czy do samych kompozycji. Papier był drogi i zrozumiałe, że nie „marnowano” go na jednorazowe użycie. Do dziś w nowosądeckich bibliotekach muzykolodzy odnajdują dzieła polskiego średniowiecza i renesansu, które – po wykonaniu przy odpowiedniej okazji – posłużyły jako wyklejki książek.

Faktem jest jednak, że Bach po śmierci szybko został zapomniany – do tego stopnia, że w kilka lat później miano problem z ustaleniem dokładnego miejsca jego pochówku. Doprowadził do tego szereg mniej lub bardziej nieszczęśliwych wydarzeń.

Pewnych informacji o prywatnym życiu Bacha mamy niewiele. Strzępki wiadomości składają się na w miarę logiczny obraz, ale wielość pęknięć i czarnych dziur w życiorysie kompozytora stała się świetnym polem popisu dla mitomanów, wymyślających sensacyjne historie, śmieszne anegdoty i tworzenia domysłów. Część z nich jest jednak w wysokim stopniu prawdopodobna.

Jan Sebastian Bach wychował się w wielopokoleniowej rodzinie, rodzie Bachów, muzycznych rzemieślników. Należy pamiętać, że w czasach współczesnych kompozytorowi zawód muzyka nie kojarzył się ze szczególnie prestiżową rolą. Każdy dwór, każda parafia, potrzebowała zespołu, skrzypków, organisty i trębaczy, którzy mogliby wypełnić dźwiękami rytm ludzkiego życia. Niekoniecznie musiało to znaczyć, że osiemnastowieczni mieszczanie i dworzanie lubowali się kojeniu nerwów anielskimi dźwiękami muzyki. Ta pełniła w owym czasie funkcję podobną do dzisiejszych telewizorów – jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało. Nie było wielu rozrywek – słuchano więc przygrywającej kapeli. W knajpach śpiewali bardowie, na dworach grały orkiestry, a w kościołach – organiści. Trębacze ogłaszali apele i wezwania. Ot, zupełna powszedniość. W wyniku nieszczęśliwych zdarzeń, wczesnej śmierci rodziców Bacha, koniecznością zamieszkania u starszego brata i ciągnącą się za tym trudną sytuacją finansową, młody Jan Sebastian szybko musiał zacząć utrzymywać się samodzielnie. Aż do przejścia mutacji szło mu nieźle na posadzie chórzysty. W tym czasie kształcił się też jako instrumentalista, a wrodzony talent pozwalał mu na momentalne przyswajanie nowej wiedzy. Dzięki temu szybko stał się nie tylko znakomitym skrzypkiem i organistą, ale także kompozytorem. Jedynym sposobem na naukę kompozytorskiego fachu było dla Bacha przepisywanie nut (robił to całymi nocami). Jak piszą historycy muzyki – kompozytor dosłownie wchłaniał umiejętności.

Pierwszy maraton „parszywego psa”

Gry na organach w Luneburgu Bach uczył się u niejakiego Georga Bróhma, ten z kolei był uczniem niejakiego Reinkena, który akurat w tym czasie dawał koncerty w odległym o nieco ponad czterdzieści kilometrów Hamburgu. Jan Sebastian Bach tak bardzo chciał poznać warsztat mistrza, że na jego koncert udał się piechotą. Szczęśliwie dotarł na miejsce, zasłuchał się w anielskiej muzyce i tego samego dnia powziął drogę powrotną. Sam miał później opowiadać, że gdy głód zaciągnął go pod karczmę, znalazł tam dwa miedziaki (podobno chowały się w rybich głowach wyrzuconych z knajpy przez okno). Zamiast napełnić żołądek, przeznaczył pieniądze na powrót do Hamburga – by wysłuchać Reinkena jeszcze raz.  Jan Sebastian prędko dał się więc poznać z bezkompromisowości i uporu, ale nie zawsze w sytuacjach tak pięknych jak powyższa anegdota. Przekonała się o tym Maria Barbara Bach, kuzynka kompozytora i jego późniejsza… kochanka.

Po utracie pozycji chórzysty Bach szukał stałej pracy. Mógł objąć stanowisko organisty w Lubece po urzędującym tam Buxtehudym. Jednym z warunków zyskania tej posady było poślubienie córki Buxtehudego – Bachowi nie zależało na pracy aż tak (odpuścił ją sobie także współczesny mu George Friedrich Haendel), wrócił więc do Arnstadt. Tam, mimo młodego wieku, zyskał funkcję organisty i kierownika kościelnego chóru. Jego podopieczni śpiewali w chórze niejako za karę. To byli miejscowi chuligani, którzy znali ciekawsze zajęcia niż dyscyplina w zespole. Trafiła kosa na kamień, bo Bach do spolegliwych też nie należał. Podobno jednego z chórzystów zrzucił z kościelnego balkonu, straciwszy cierpliwość do marnego wykonania jego partii (to rozwścieczało go bardziej niż złe zachowanie). Innego nazwał „skrzeczącym fagotem”. I to właśnie ten ostatni, w towarzystwie swoich ziomków, napadł na Bacha, gdy kompozytor spacerował ze swoją kuzynką wieczorową porą. Uczeń nazwał go podobno „parszywym psem”, a ta krótka wymiana zdań skończyła się skrzyżowaniem szabli i jatką, która obudziła pół miasta. Bachowi udało się zbiec niezauważonym (jak mu się zdawało) z miejsca zdarzenia, ale i tak całość trafiła do rady miejskiej. By ochłodzić emocje, kompozytor udał się na urlop, który przedłużył sobie do – bagatela – trzech miesięcy.

Albo to Bach, albo diabeł

Z Lubeki wrócił z głową wypełnioną nowymi pomysłami, które nie podobały się ani wiernym, ani władcom parafii w Arnstadt. Podobno za bardzo kombinował z polifonią i parafianie nie wiedzieli gdzie jest melodia pieśni. Poza tym coraz bliższy związek Bacha z Marią Barbarą (śpiewała w jego chórze) zaczął kłuć innych w oczy. Kochankowie postanowili więc pobrać się i przeprowadzić do Mühlhausen. Tam, jako organista, zarabiał ponoć w drewnie i zbożu, ale dał się też poznać jako wirtuoz instrumentu – szczególnie dobrze wychodziły mu podobno sola pedałowe (niewykluczone, że piesze wędrówki za idolami okazały się dobrymi ćwiczeniami). Historyk Charles Brumey podaje też, że organista podczas gry trzymał w rękach kijek, którym uderzał w klawisz, jeśli nie sięgał do niego palcem. Weimarski książe chciał mieć tak wybornego muzyka na swoim dworze, więc zaproponował mu dwukrotnie wyższą pensję (już raczej nie w zbożu). Bach nie zastanawiał się długo nad nową posadą i tak „awansował” z pozycji muzyka parafialnego na muzyka dworskiego. Umiejętności wirtuozowskie młodego organisty stały się legendą. Jo Manton w „Portrecie Bacha” podaje, że gdy kompozytor pojawił się w wiosce, w którego go nie znano i wypróbowywał organy, miejscowy pastor powiedział: „Albo to gra Bach, albo sam diabeł”. On sam był raczej skromny – twierdził, że po prostu uderza w odpowiednie dźwięki zapisane w nutach.

Jedna z licznych anegdot podaje, że Jan Sebastian Bach do więzienia trafił za bójkę z użyciem sztyletu. Choć nie można powiedzieć, że taka nie miała miejsca, powód aresztowania kompozytora był zgoła inny. Bach chciał opuścić dwór Wilhelma Ernsta, ale książe był tak przywiązany do swojego organisty, że by wybić mu ten pomysł z głowy – zamknął go w więzieniu. Nie ostudziło to zapału Jana Sebastiana, a wręcz pobudziło jego kreatywność – za kratkami skomponował czterdzieści nowych utworów.

Zarabianie na śmierci

Po opuszczeniu dworu księcia weimarskiego i przeniesieniu się do Anhalt-Koethen, a później do Lipska i powtórnym ślubie – tym razem ze śpiewaczką Anną Magdaleną – życie Bacha zaczęło się zmieniać. Powoli traciło kolory beztroskiej młodości, a w jego świat wkraczała szara, smutna rzeczywistość. Jednym z tego powodów była śmierć jego dzieci. Z obiema żonami Jan Sebastian spłodził ich 22, ale niewiele dożyło dorosłości. Większość zmarła w wieku zaledwie kilku lat, a jeden z jego synów popełnił samobójstwo. Podobno nie było roku, w którym z domu Bachów nie wyniesiono by trumny. Ale to właśnie w Lipsku powstały największe jego kompozycje – w tym „Pasja wg św. Mateusza”. O Bachu mówiło się, że „zarabiał na śmierci”, bo komponował utwory na ceremonie pogrzebowe. Niektórzy badacze twierdzą, że na te smutne utwory rozdzielał własną żałobę.

Upór, porywczy charakter i temperament Bacha wzbudzał u jemu współczesnych niechęć. Przy całym swoim talencie i umiejętnościach gry na organach, nie potrafił się podobno zachować przy wykwintnym stole, nie dbał też specjalnie o swój wygląd. Z podań różnych biografów wyłania się obraz człowieka, który fugi komponuje między jednym a drugim posiłkiem, niemalże na kolanie. Tym lepiej świadczy to o jego talencie – gorzej, że godzi w obrazek natchnionego artysty. Poza tym do białej gorączki doprowadzali go marni muzycy, których zwykł wyzywać, a wręcz rzucać w nich perukami przy akompaniamencie wyzwisk i obelg. A takich muzyków w mieście nie brakowało – Bach miał więc sporo okazji do wyrażania swojego niezadowolenia.

Poza tym Bachowie w Lipsku wiedli życie niewiele różniące się od warunków klasy robotniczej. Pobudki o świcie, pilnowanie dyscypliny wśród chórzystów, którzy upijali się i wymiotowali w swoich sypialniach przy każdej możliwej okazji, należało do obowiązków Jana Sebastiana, pełniącego funkcję kantora kościoła św. Tomasza, a to potęgowało jego frustrację. Ponadto warunki w jakich musiał uczyć, dalekie były od ideału. Miejsca dla uczniów było za mało, ich sypialnie tonęły w brudzie, co sprzyjało rozwojowi rozmaitych chorób – m.in. świerzbu. Sam Bach miał szczęście być na te zarazki odporny – ale jego domownicy, do których „przynosił” wirusy już nie. To mogło powodować wysoką zapadalność na choroby w rodzinie Bachów.

Narwany prostak czy bogobojny sługa?

Przełożeni Bacha nie widzieli w nim utalentowanego kompozytora, ale prostaka o średnim wykształceniu. Doceniali wprawdzie jego talent muzyczny, ale to było za mało, by Bach mógł się cieszyć estymą, jakiej być może oczekiwał. Dla rektora przykościelnej uczelni, Jana Ernestiego, Bach był „zacofany i nudny”, raziła go też „naiwna i prowincjonalna” wiara kompozytora. Rektorowi nie podobało się też, że Bach poleca swoim uczniom śpiewanie na ulicach – z czego kościelny chór czerpał dość pokaźne sumy. W narastającym konflikcie z Ernestim cierpiał nie tylko sam Bach, ale też jego otoczenie. Chłopca mianowanego na jego asystenta – wbrew woli kompozytora – Bach zrzucił z kościelnych schodów, przed mszą, na oczach wiernych. W walce z rektorem Bach nie ustępował, a to rzucało cień i na jego osobę, i jego rodzinę, Ernesti nie szczędził bowiem w oszczerstwach.

Kompozytor w sprawach dotyczących pracy i muzyki był nieustępliwy, ostry i niezdolny do kompromisów. Jeśli w jakichś sytuacjach gniew zalewał mu oczy – związane były wyłącznie z jego pracą. Jednak, według jego biografów, w życiu prywatnym był spolegliwy, ustępliwy i uczynny, a przede wszystkim niezwykle bogobojny – co tak raziło w nim środowisko akademickie. W związku z tym zdania na jego temat były podzielone. Dowodzi temu chociażby anegdota z portretem Bacha w roli głównej, o której z listu Zeltera dowiedział się sam Goethe. Johan Kirnberger  – uczeń Jana Sebastiana – posiadał portret swojego mistrza. Gdy odwiedził go znajomy, spojrzał na Bacha i obraz skomentował słowami: „Ej, miły Boże! Toć nasz kantor Bach (…) Ale grubianin miał to być pono, a jeszcze dał się, zarozumiały głupiec, wymalować w takim pysznym, aksamitnym surducie” – za co Kirnberger wyrzucił go z mieszkania wyzywając od psów, po czym kazał umyć krzesło, na którym gość siedział. Po tym zdarzeniu krążyły w mieście pogłoski, że Kirnberger oszalał. Inny jego uczeń, chcąc zaprowadzić porządek w szeregach chóru Bacha, uderzył swojego kolegę „mocniej niż chciał” za co został skazany na publiczną chłostę.

Bacha kochano więc albo nienawidzono. Dla jednych był porywczym prostakiem, który chętnie sięgał po nóż lub szablę, aroganckim wobec swoich przełożonych. Dla innych – skromnym, zdolnym protestantem, geniuszem muzycznym z niższych sfer, który komponował nie dla siebie, ale dla Boga (z tego powodu części utworów nie podpisywał nazwiskiem). Współcześni Bachowi krytycy zarzucali mu, że kunsztowność jego kompozycji była niczym innym, jak bezcelowym i niezrozumiałym „popisywaniem się”. Dziś w jego dziełach badacze odnajdują tak głębokie pokłady intelektualne, odniesienia do wszechświata czy malarstwa, że sam Bach z pewnością byłby zaskoczony ich wnioskami. Nie da się ukryć, że muzyka niemieckiego kompozytora fascynuje i intryguje do dziś, pozostając niewyczerpanym źródłem inspiracji. Najsłynniejsze kompozycje Jana Sebastiana grano już w wersji samby, bossa novy, jazzu, elektroniki, techno… i wszystko wskazuje na to, że ostatnie słowo nie zostało jeszcze powiedziane.

…………………………………………

pejzaż

5) ERNEST  HEMINGWAY (1899-1961)

Autor: Dominika  Montean

Wściekły tygrys – rzecz o Hemingwayu

 „Kiedy pracuję, jestem jak wściekły tygrys” – napisał kiedyś o sobie Ernest Hemingway w książce „Ruchome święto”, wspomnieniach z pobytu w Paryżu.

Pisał dużo, zaciekle, genialnie. Pisał po kilkanaście godzin dziennie, na froncie, w kawiarniach, w okopach, na łodziach i w rozłożystych domach nadmorskich, które pod koniec życia posiadał. Właściwie to zdanie charakteryzuje wszystko, co w życiu robił. Kiedy walczył, walczył jak wściekły tygrys, i to nie tylko na wojnie, ale też i na ringu (uwielbiał boks), w dżungli czy na morzu (był zapalonym myśliwym i rybakiem). Twardy, diabelnie przystojny, od dziecka wysportowany, o genialnej pamięci i wybitnej inteligencji, faktycznie mógł się nazywać tygrysem. I to do samego końca, kiedy stary, do cna wyczerpany, schorowany fizycznie i psychicznie, potrafił rzucić śmierci swoje ostatnie wściekłe zdanie. I postawić na swoim.

„Obaj byli twardzi i brutalni, ale byli to jedyni erudyci wśród twardzieli i brutali jakich znałem. Potrafili wypędzić wszystkich gości z jakiegoś lokalu, a potem z pamięci cytować barmanowi Szekspira”.

W 1918 roku dziewiętnastoletni Ernest Hemingway ku rozpaczy rodziny zamiast iść na medycynę, jak jego ojciec, podejmuje pracę reportera w redakcji gazety „Star” w Kansas City, gdzie poznaje dziennikarza Lionela Moise’a, który staje się dla niego uosobieniem męskości. To właśnie Hemingwaya i Moise’a tak po latach scharakteryzował ich wspólny redakcyjny kolega. Od tej pory „twardziel i erudyta” stanie się wzorem zachowania dla przyszłych powieściowych bohaterów Hemingwaya, a także wzorem dla samego Erniego. W książce „Hemingway” Kenneth S. Lynn dodaje do powyższego cytatu taki oto komentarz: „Moise umiał także wydobywać niemal spod ziemi alkohol i kobiety. Syn doktora Hemingwaya był nim wprost urzeczony”.

Zbliża się koniec I wojny światowej, Hemingway rzuca pracę w redakcji, zapowiadając rodzicom, iż nie zdołają go oni już dłużej utrzymać z dala od wojny. Zgłasza się na ochotnika do zaoceanicznej służby w Amerykańskim Czerwonym Krzyżu. W stopniu podpułkownika zostaje skierowany do oddziału ambulansów samochodowych na front włoski. Ma piękny mundur i 19 lat. Oraz mocne pragnienie dowiedzenia swego męstwa – głównie sobie samemu. To pragnienie nie opuści go już do ostatnich chwil życia, zwłaszcza kiedy pod jego koniec przytknie sobie lufę strzelby do głowy.

Docierając na front Hemingway dostaje zadanie rozwożenia produktów luksusowych – papierosów i czekolady do okopów żołnierzy włoskich znajdujących się na pierwszej linii. Zabiera też od nich listy do rodzin. Podczas jednej z takich wypraw, gdy wnosi do okopów „prowianty luksusowe”, wpada szrapnel i rozrywa się tuż obok, zabijając na miejscu żołnierza znajdującego się przed nim i ciężko raniąc pozostałych. Hemingway dostaje setką odłamków, ale zdoła jeszcze wynieść z obstrzeliwanej ziemianki rannego w obie nogi żołnierza. Za ten czyn Włosi przyznają mu Srebrny Medal Zasługi Żołnierskiej. To jedynie rozbudzi jego apetyt na męstwo, które chorobliwie będzie chciał zaspokoić przez resztę życia.

Pójście na front zamiast na uczelnię oraz wcześniejsze doświadczenia reporterskie z komisariatów policji i szpitali w Kansas City, choć nie zaskarbiły mu przychylności w środowiskach wykształconych na Yale literatów, skutkowały tym, że od razu wiedział jak chce pisać. Hemingway pisał krótko i zwięźle o wielkich rzeczach. Bez ozdobników i blichtru wielkich słów, kreowania patosu, czy glorii pisał o umieraniu, rozpaczy i rozczarowaniu, które tak dobrze znał ze swego życia. Styl ten, zwarty i prosty do bólu, wspaniale zrytmizowany, niebawem miał uczynić go sławnym, a pod koniec życia przynieść mu dwie najbardziej pożądane nagrody w świecie literackim – Pulitzera i Nobla.

Jest upalny maj 1944 roku, Hemingway idzie na lunch do jednej z londyńskich restauracji w Soho. Ma 45 lat, włosy zaczynają mu rzednąć, czym martwi się, w rekompensacie zapuszczając brodę. Wkrótce wyruszy na już trzeci w swoim życiu front, jako korespondent wojenny, w ucieczce przed swoim trzecim nieudanym małżeństwem. Hemingway zwany przez wszystkich „Papa” – ze względu na rosłą posturę oraz chroniczny impuls udowodniania wszystkim, iż jest męski już od dziecka, wchodzi do restauracji, gdzie dostrzega swojego znajomego, pisarza Irwina Shawa siedzącego przy barze w towarzystwie seksownej, aczkolwiek nie nazbyt pięknej młodej kobiety. Shaw jest w niej ewidentnie zakochany.

Nie przedstawia jej Hemingwayowi, może z obawy. Hemingway ściska dłoń koledze, przygląda się jego towarzyszce i zaprasza ją na lunch. Ku irytacji Shawa, Mary Welsh zaproszenie przyjmuje od razu. Podobno z miejsca oczarowały ją jego piękne oczy. Zaledwie tydzień później, na drugim spotkaniu Hemingway wypowie do niej te słowa: „Nie znam cię bliżej, Mary, ale chcę, żebyś mnie poślubiła.” W 1946 roku, uzyskawszy rozwód z trzecią żoną Martą Gellhorn, Ernest i Mary wezmą ślub na Kubie, a rozwścieczony Shaw opisze Hemingway w jednej ze swoich książek jako niskiego, okrągłego korespondenta wojennego z zaczerwienioną od alkoholu twarzą. W rzeczywistości, Hemingway miał ponad 180 wzrostu i był jednym z tych mężczyzn, u których alkoholizm nie objawiał się na zewnątrz.

„Iluż mężczyzn nie umie poruszyć serca kobiety, jak tylko je raniąc?” E. Hemingway

Pauline Pfeiffer, druga małżonka Hemingwaya, pisze do niego w 1934 roku, na dwa lata przed faktycznym rozpadem ich małżeństwa, a po siedmiu od „odbicia” Hemingwaya Hadley Richardson, jego pierwszej żonie: „Daj mi znać, jeśli potrzebujesz pieniędzy, i nie bierz sobie innej kobiety. Twoja kochająca Pauline”

Kobiety lgnęły do niego przez całe życie. Swoje cztery małżonki zostawiał po kolei przygotowując sobie w trakcie małżeństw już ich następczynie. Wspominając go, jego byłe żony zgodnie utrzymywały, iż bardzo źle znosił samotność. Nie stronił też od zdrad, gdyż jego aura męskości, piękna twarz, legenda wojownika, która się za nim ciągnęła, podsycana przez prasę i starannie pielęgnowana przez niego samego – pozwalały mu zdobywać całe rzesze kobiet bez specjalnego wysiłku.

Z drugiej strony była w nim jakaś skaza, jakieś pęknięcie, poprzez które sączyło się jego prawdziwe, zamglone światło. I to ono właśnie tak bardzo wabiło kobiety. Ta aura dobrze skrywanego wewnętrznego cierpienia pod szerokim, ciepłym uśmiechem, ta melancholia w oczach, które były podobno tak piękne. Każdy jego żart miał głęboki polot, bo sięgał w głąb jego ciągle udręczonej duszy. Tej tajemnicy nie oparła się żadna kobieta, w żadnym wieku, którą chciał mieć. I tej bolesnej tajemnicy w końcu sam uległ.

Jest rok 1945, Hemingway znowu podejmuje pracę korespondenta wojennego na terenie Francji, ale tak naprawdę jego udział w walkach jest niemalże żołnierski, za co będzie później sądzony na podstawie złamania postanowień konwencji genewskiej dot. reguł zachowania korespondentów. Ci bowiem nie mogą dowodzić grupom partyzantów czy przechowywać dużej ilości broni. Te zakazy i wiele innych złamał korespondent wojenny Ernest Hemingway, który w wolnych od walk chwilach, zwolniwszy swój „oddział”, zajmował się czyszczeniem olbrzymiej ilości broni składowanej w jego pokoju w hotelu Ritz w Paryżu, popijając przy tym szampana.

Jego całkowity brak trosk o własne bezpieczeństwo powoli tworzy wokół niego legendy. Po krótkiej przerwie Hemingway wyrusza z Paryża na front, mając nadzieję asystowania Czwartej Dywizji w szturmie na Linię Zygfryda. Przewodniczy grupie „luzaków” – zwiadowców wojennych. Wszyscy mieszkają w strefie przyfrontowej, nie oddzielonej od pozycji niemieckich żadną formacją sił sprzymierzonych. Pewnego razu, tuż przed oknami stołówki oficerskiej, rozrywa się niemiecki pocisk wybijając szyby i gasząc światło. Wszyscy przebywający w mesie oficerowie padają plackiem na podłogę. Gdy tylko zapalono świece, oczom oficerów ukazał się widok: niczym niewzruszony Hemingway nadal siedzący przy stole i ze smakiem zajadający kolację. Oficerowie szybko zeszli do piwnicy chroniąc się przed ewentualnym dalszym obstrzałem, natomiast do stołu spokojnie kończącego kolację Hemingwaya dosiadł się jedynie dowodzący żołnierzami pułkownik Lanham. Hemingway znany był z perfekcyjnego zachowania zimnej krwi do końca. Prawdopodobnie również do samego ostatniego wystrzału, który w swoim życiu oddał.

Jego największym męstwem były nie bokserskie walki na ringu, nie polowania w Afryce, czy połowy w morzach, dwie zaliczone wojny światowe, oraz wojna domowa w Hiszpanii, nie tułaczka po frontach, czy walki z wydawcami, których to smak literacki wyprzedzał niejednokrotnie o dekady, ale zmagania ze swoimi demonami, ze swoimi nastrojami, smutkiem i przepastną melancholią, która towarzyszyła temu wrażliwemu nad wyraz człowiekowi przez całe jego życie.

„Nie spotkałem nigdy nikogo doznającego tak silnych przypływów rozpaczy jak on. Kiedy jednak nie poddawał się takim załamaniom, nikt nie mógł żywiej od niego odczuwać możliwości stwarzanych przez życie”.

Kenneth S. Lynn cytuje w biografii Hemingwaya opinię jednego z jego bliskich znajomych, który miał tak właśnie o nim powiedzieć. Prawdopodobnie obciążony depresją maniakalną (jego ojciec na nią chorował, z niewytłumaczonych do końca przyczyn popełnił samobójstwo) walczył z jej objawami przez całe życie. Być może właśnie to jest owa tak często wzmiankowana w jego pisarstwie „pustka”, którą usiłował wypełnić sportami, miłościami, życiem towarzyskim, a która mu nie groziła jedynie wtedy, kiedy pisał.

Ten silny jak tur mężczyzna, pod koniec swojego życia był już schorowany jak starzec. Ciągnący się latami alkoholizm – choć kontrolowany, jednak zrujnował mu wątrobę i nerki. Udział w dwóch poważnych wypadkach, samochodowym i lotniczym, mocno uszkodził mu kręgosłup i stawy. Na skutek trzech wojen, polowań na morzu i w dżungli doświadczył w swoim życiu pięciu wstrząsów mózgu.

Do końca jednak umiał dostrzec piękno tego świata, do końca je opisać, choć może już nie potrafił się nim cieszyć. Na kilka tygodni przed śmiercią pisał w liście do chorego małego chłopca, syna zaprzyjaźnionego lekarza, jak piękny jest świat z jego okna szpitalnego, jak piękne i zielone są wzgórza, a drzewa rosłe. Czerpał z życia pełnymi garściami, pomimo depresji i chorób, a kiedy poczuł, że już tego nie potrafi, odszedł. Nad ranem, 2 lipca 1961 roku, w swoim domu strzelił sobie w głowę.

„Ludzie stale szukają skróconych dróg do szczęścia. Nie ma skróconych dróg do szczęścia”.

Ernest Hemingway

Autor: Dominika  Montean

 

4 thoughts on “BIOGRAFIE

  1. Talent to 10 procent, reszta to ciężka praca, sporo wyrzeczeń i poświęcenie. Tak mi się skojarzyło, kiedy czytałem o Mozarcie. 🙂

  2. Witaj, Muza 🙂 Oj, tak. Wiem coś na ten temat. Przez kilka lat występowałam z grupą muzyczną jako piosenkarka. Nie ma dzieła czy dobrej interpretacji bez warsztatu, treningu i pracy; o pasji, która jest najważniejsza, nie wspomnę!!

  3. Chcialabym zwrocic uwage,ze podane sa bledne dane jesli chodzi o date urodzin i smierci W.A.Mozarta. Urodzil sie w 1756 roku a zmarl w1791 . Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s