esencja życia

Życie to nie dar lecz odwieczne prawo. Byliśmy, jesteśmy i będziemy.

10) Duchowe zmartwychwstanie – Miłość wszystko uzdrawia (Wiesław Jindraczek)

6 Komentarzy

Należę do osób, które nie uznają autorytetów kościelnych i dogmatów religijnych,jednak uważam, że w każdej religii możliwe jest bezpośrednie doświadczenie Boga/Wyższej Siły/ Źródła (nieważne, jak Go/Ją/Je nazwiemy). Oto rozmowa z Wiesławem Jindraczkiem, niegdyś uzależnionym od narkotyków:

Część 1:

Część 2:  http://www.youtube.com/watch?v=X3dpTwHeO4w

Część 3:  http://www.youtube.com/watch?v=taCAB5MqOaA

Część 4:  http://www.youtube.com/watch?v=iMyTggrjQ8E&playnext=1&list=PLf4uE9c-WnQkawQR6lrP8Bpe5kEQGpEVH&feature=results_video

Część 5:  http://www.youtube.com/watch?v=TU7lgEa-aSA

A poniżej rozmowa z Wiesławem w formie tekstu:

Gdy mówię ludziom, że czuję się mordercą, nie chcą wierzyć. Tak. Jestem mordercą. Wielu ludzi zabiła heroina, którą im dałem. Nie jest łatwo żyć z taką świadomością, ale nie budzę się już zlany zimnym potem. Wiesz dlaczego? Bo w chwili, gdy poszedłem do spowiedzi i usłyszałem słowa: Ja odpuszczam tobie grzechy, kamień spadł mi z serca.

Boże, spadaj!
Mając piętnaście lat, ja – stary ministrant, powiedziałem Bogu: Spadaj!. Byłem strasznie zakompleksiony, miałem potwornie niską samoocenę. Wydawało mi się, że jestem do niczego. Przestałem chodzić do kościoła. Mieszkałem w Jaśle. Lata osiemdziesiąte: brud, monotonia, komuna, szarzyzna, żadnej rozrywki. Apatia. Uciekłem na ulicę. Włóczyliśmy się z kumplami po mieście, piliśmy jabole po bramach. Potem pojawiły się prochy. Kumpel chodził do szkoły farmaceutycznej, a oni na zajęciach używali koteiny i efedryny. Żarłem je łyżeczką do herbaty. Mam w sobie całą tabliczkę Mendelejewa. Do produkcji używałem amoniaku i innych świństw. To cud, że żyję. Mam tylko osiem swoich zębów. Specjaliści dawali mi kilka lat życia. Ćpałem… dwadzieścia kilka. Wiesz, mnie to powinno się zamknąć w opakowaniu z formaliną i pokazywać po szkołach. Wszedłem w heroinę, kompot. Puszczało się Hendrixa, Janis Joplin i dawało w żyłę. Długie włosy, hipisi, flower–power. Powszechne wówczas klimaty. Dziś narkotyki są na wyciągnięcie ręki. Czysta konsumpcja. A my? My naprawdę chcieliśmy zmieniać świat! Uważaliśmy się za elitę tego smutnego, zapyziałego miasta. To była forma kontestacji systemu. Tyle że uciekliśmy w ślepą uliczkę.

Ludzie mnie nienawidzili
Po trzech latach dawania w żyłę miałem bezczelność przekonywać ludzi: nie jestem uzależniony! Biorę, bo chcę. Zawsze mogę przestać. Ale nie potrafiłem już przestać. Zaczęły się wyjazdy, ucieczki, milicja. Wielu moich znajomych zmarło. Dostawali zapaści, wynosiło się ich na ulice i „zdychaj, bracie”. Rzadko się ich reanimowało. Po co mieć milicję na karku? W samym Jaśle zmarło z dziesięć osób. Naprawdę czuję się mordercą. Ludzie mnie nienawidzili. Przechodzili na drugą stronę ulicy. Brzydzili się mną. Skąd brałem kasę? Kradłem, wykręcałem „dziesionę” – napad z rabunkiem. Zawsze miałem farta: gdy na milicji robił się „smród”, kompletnie nieświadomie zmieniałem mieszkania, szedłem się leczyć. Wracałem, a ludzie mówili: Ty to masz szczęście. Wiesz, ilu ludzi pozamykali? Zawsze mi się upiekło.

Byłem bezczelny. Stojąc ledwo na nogach, patrzyłem matce w twarz i mówiłem: Ależ mamo, ja jestem czysty. Gdy zwężały mi się po narkotykach źrenice, brałem atropinę i zakraplałem sobie oczka. Oszukiwałem matkę od świtu do nocy. Była bezsilna. Potrafiłem ukraść jej pieniądze, które dostała z ZUS-u po śmierci ojczyma. Rozumiesz? Samo dno. Nie miała już kompletnie siły. W końcu po dwudziestu latach za namową proboszcza zdobyła się na szaleństwo. Powiedziała: albo jedziesz na pielgrzymkę do Medjugorie, albo wylatujesz na ulicę. Która matka tak powie dziecku? Ale to mnie ocaliło! Wszystko zaczęło się od niezwykłego „zbiegu okoliczności”.
Płakała przez całą noc
Szedłem naćpany ulicą. Patrzę, a naprzeciwko idzie jakiś śmieszny człowiek w sutannie. I, zabij mnie, ja do dzisiaj nie wiem, dlaczego do niego podszedłem. Nie mam pojęcia. Widząc takich ludzi, uśmiechałem się z politowaniem i omijałem ich szerokim łukiem. Wtedy podszedłem. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że „przypadkowo” trafiłem na jedynego w Polsce księdza, który… rozkręca wspólnoty Cenacolo dla narkomanów. Zbieg okoliczności? Spotkał się z moją matką, długo rozmawiali. Po tej rozmowie w akcie desperacji matka zdobyła się na szaleństwo: wyrzuciła mnie z domu.

Stała w oknie na dziewiątym piętrze, widziała, jak leżę pod ścianą zaćpany do nieprzytomności. Ślęczała przez całą noc w oknie, modliła się i płakała jak bóbr. Pękało jej serce, ale powiedziała sobie: Nie podejdę. Jak święta Rita modliła się: Boże, jak on ma taki być, to go zabierz. Nie mogę już patrzeć, jak on umiera. Powiedziała krótko: Jedziesz na pielgrzymkę do Medjugorie. Krótka piłka. Pojechałem pierwszy raz na sylwestra 1999. Pierwszy raz w życiu na Kriżewac wyszedłem pijany jak bela. Pielgrzymka zeszła, a po chwili wyczołgałem się ja: poharatany, z podartą kurtką, bez buta. W styczniu! Pielgrzymi złapali się za głowy. Chcieli mi pomóc, ale nie wiedzieli jak. W pensjonacie, gdzie mieszkałem, wyczyściłem całą półkę z alkoholem. Piłem wszystko: wino, rakiję, rum, koniak. Chorwat wywalił mnie z pensjonatu. Wróciłem do Polski. Nic się nie zmieniło.

Szukałem sznura, by się powiesić
Matka była twarda. Po kilku miesiącach wysłała mnie do Medjugorie po raz drugi. Powiedziała: Nie ma powrotu. Albo zostaniesz tam we wspólnocie Cenacolo, albo nie masz po co wracać. Zamieszkałem we wspólnocie, ale nie wytrzymałem długo. Uciekłem. Wylądowałem na ulicy. Złapał mnie narkotykowy głód i piłem przez tydzień. Upał czterdzieści stopni, a ja brudny, uwalany, pijany i niesamowicie śmierdzący. Wiesz, jak śmierdzi narkoman na głodzie? Śmierci trupem. Ludzie omijali mnie szerokim łukiem.

Nikt nie chciał mnie zabrać do Polski. Ludzie uciekali na mój widok. Narkoman to trędowaty. Przez dwadzieścia lat co chwilę słyszałem za plecami: Skur…syn, degenerat. To były najłagodniejsze sformułowania. Po tygodniu wałęsania się po ulicach zacząłem szukać sznura. Chciałem się powiesić. I wtedy niespodziewanie spotkałem ojca Slavko Barbaricia.
W piekle
Franciszkanin popatrzył na mnie i ku mojemu zdumieniu nie wystraszył się. Powiedział: Przyjmę cię do mojej wspólnoty. Mnie, brudasa?! Wypaliłem wprost: OK. Ale nie mam zamiaru się leczyć, chcę dalej ćpać. Jest piątek. W środę wracam do Polski. A on uśmiechnął się i powiedział: Dobrze.

Gdy dzisiaj przypominam sobie jego uśmiech, po plecach przechodzą mi ciarki. On już wtedy wiedział, że ja nigdzie nie pojadę! Jak anioł. Ten łagodny mnich we mnie, śmierdzącym trupem narkomanie, zobaczył samego Jezusa! Jak Matka Teresa, która w żebraku wołającym: „Pragnę” ujrzała cierpiącą twarz Boga. Ojciec Slavko przyjął mnie do pracy. Inni harowali, ja paliłem papierosy. Miałem jeden cel: wytrzymać kilka dni i wrócić.

W sobotę wieczorem miała być modlitwa w kościele. Poszedłem, bo to był obowiązkowy punkt programu. Wszedłem do kościoła po dwudziestu pięciu latach. Wynudziłem się jak mops. Odsiedziałem to klepanie zdrowasiek, bo musiałem. Po Mszy znajomy Chorwat spytał: Zostajesz na adoracji? A ja potwornie wynudzony i zmęczony powiedziałem: Zostaję. Nie mam pojęcia, dlaczego. Wystawiono Najświętszy Sakrament. I wtedy przyszedł moment, że sięgnąłem dna. Poczułem, że została we mnie tylko ciemność i potworna rozpacz. Nie umiem o tym opowiadać… Wyłem jak pies: Boże, jeżeli istniejesz, ratuj! Jeszcze w Niego nie wierzyłem.

Mówiłem warunkowo: Jeśli istniejesz, to mi pomóż. I pokazał mi, że istnieje. W jednej chwili opanował mnie nieznany spokój. Światło. W ciągu sekundy przestałem być narkomanem. Wiem, wiem, wszyscy mówią, że narkomanem jest się do końca życia. Ja nie jestem. On mnie uratował.

Po dwóch tygodniach zadzwoniła mama. Gdzie jesteś? – spytała drżącym głosem. – W Medjugorie. – Nie wierzę, na pewno jesteś na jakiejś melinie. Na szczęście był obok mnie ojciec Slavko. Wytłumaczył jej, co się stało. Ale i wtedy nie dowierzała. Dopiero gdy kilka miesięcy później przyjechała i zobaczyła mnie, rozpłakała się ze szczęścia.
Przebaczyłem sobie
Poszedłem do spowiedzi i usłyszałem słowa: Ja odpuszczam tobie grzechy. Kamień spadł mi z serca. Wybaczyłem sobie. Widzę, że ludzie popełniają zasadniczy błąd: Bóg im wszystko wybacza, ale oni nie potrafią wybaczyć sami sobie. W czasie rekolekcji ojca Jozo Zovko spotkałem młodą kobietę. Widać było, że coś ją gryzie. Okazało się, że będąc dzieckiem, poszła do Komunii bez zachowania postu eucharystycznego. Wydaje się, że to drobnostka, ale jej nie dawało to spokoju. Wielokrotnie się z tego spowiadała, ale zawsze wstawała z konfesjonału z poczuciem winy. Opowiedziała o tym w czasie rekolekcji, a ojciec Jozo, zazwyczaj łagodny, potraktował ją bardzo ostro: To jest pycha! Skoro Bóg ci wybaczył, a ty sama nie możesz, to znaczy że stawiasz się ponad Nim. Kim jesteś? Obraziła się na niego. Afera! Ale franciszkanin, nie wiedząc o tym, na drugi dzień podszedł do niej i przytulił ją. Odpłynęła… I było po sprawie.

Gdybym sobie nie wybaczył tego, co zrobiłem, wyrzuty sumienia by mnie zżarły. Ja nie żyję przeszłością. Jestem tu i teraz. Dzisiaj. To, co było wczoraj, minęło. Nie wiem, co przyniesie jutro. Sam Jezus powiedział: Dosyć ma dzień swojej biedy. Po co się martwić na zapas? Świat pędzi na oślep, zabiegani ludzie nie zauważają Bożej obecności. W Hercegowinie, gdzie mieszkam, życie płynie inaczej. Tam faceci spotykają się na filiżance espresso i sączą ją przez godzinkę. Gdy podali mi pierwszy raz ten naparstek kawy, połknąłem go jak ryba i po sprawie. A oni mają czas. Spotykają się, gadają, zmówią przy okazji Różaniec. Ja też wyhamowałem. Odetchnąłem. Kiedyś było inaczej. Narkoman żyje w nieustannym stresie. Nawet jeśli ma towar na rano, to nie wiadomo, czy starczy do wieczora. Będzie kasa, czy nie? Przyjdzie diler, czy go złapali? Kłębek nerwów.

To ja, Wiesiek
Podchodzę do Jezusa jak do najlepszego przyjaciela. Siadam w malutkiej kaplicy i mówię: Panie Boże, to ja, Wiesiek. I opowiadam Mu o tym, że skaleczyłem się w palec i nie mogę pracować. Przychodzę do Niego ze wszystkim. Siedzę i tracę czas. Z prawdziwym przyjacielem nie trzeba słów. Jedna nobliwa kobieta powiedziała mi ostatnio: Pan się za bardzo spoufala z Bogiem. Jak może się pan modlić o pieniądze! A kogo mam o nie prosić? Całe życie kłamałem, więc przynajmniej teraz chcę być szczery. On zna mnie na wylot. Po co mam się oficjalnie przedstawiać: Witaj Boże, to ja, Wiesław Jindraczek, nawrócony grzesznik rocznik 1960…

Źródło: http://xwaldemar.alleluja.pl/tekst.php?numer=38120

Swoje doświadczenia oraz drogę do wyzwolenia Wiesław opisał w książce „Zmartwychwstałem w Medjugorie”. Książkę można zamówić w Małym Wydawnictwie (Kraków) /www.malewydawnictwo.pl /

Reklamy

6 thoughts on “10) Duchowe zmartwychwstanie – Miłość wszystko uzdrawia (Wiesław Jindraczek)

  1. Moj pierwszy maz byl narkomanem,10 lat piekla z trojka malych dzieci…….,zmarl w wieku 32 lat,to juz dawno temu,dzieci wyrosly,maja swoje dzieci,wszystkie sa tutaj przy mnie,ja dalam rade a jemu wybaczylam,dzisiaj szkoda mi go,takie to byly wtedy czasy lata 80-te,trudne……..

  2. Mario, jesteś wyjątkowa osobą 🙂 ❤ "Góra" skierowała Cie na ten blog, wiedząc, że nadeszła odpowiednia chwila i że najwspanialszy odcinek duchowej drogi dopiero przed Tobą 🙂 ❤ 🙂 ❤

  3. Wiesz co jest w tym wszystkim najdziwniejsze???,podzielilam sie moimi spostrzezeniami,fascynacja jakby nowego odkrycia,jakby takie bum !!!,z wieloma osobami,rowniez dawalam linki Twojego bloga,wiesz jak to jest?,kiedy sie odkryje cos,co sie wydaje ze szukalas przez cale zycie i nagle to znalazlas,znasz to uczucie,chcialoby sie podzielic ta wspaniala nowina ze wszystkimi, z calym swiatem,szczegolnie z najblizszymi…. nikt nie jest zainteresowany,kompletnie nikt,juz nie mowie o moich dzieciach,ale nawet osoby,ktore myslalam,ze sa gleboko obudzone,nikt 😦 ,a nawet czasem mam wrazenie ,ze patrza na mnie jak bym wlasnie wyladowala z innej planety 😉 😀 😀 😀 ….. No coz,po pierwszym uczuciu tak jakby rozczarowania,pomyslalam ,, no tak,przeciez nie moge im do glowy na sile wlac to co juz wiem,jesli chca nadal myslec ze sa potomkami malpy,lub sobie mysla ze sa kupa miesa,ktora sie rusza i od czasu do czasu sobie cos mysli,to przeciez nie mam prawa im narzucac ze moze byc innaczej ” Tak czy owak,jest to smutne,ze ludzie zyja jak tasmowo,to wolno tego nie wolno,tak mozna a tak nie,tamten zrobil to,a ten tamto , a ja jednak jestem lepszy bo nie jestem taki jak tamten…. totalna bezwola… 😦 ,bezmyslnosc ,zbiorowa hipnoza…….. 😦
    Wybacz chyba musialam sie troche wyzalic,chociaz wiem ,ze sama masz z pewnoscia trudny czas….
    Czy jestem wyjatkowa??? nie wiem 😀 ,a niechcialbym byc falszywie skromna 😉 😀 😀 😀 Natomiast ze trafilam tutaj do Ciebie,jestem 100% pewna ze tak mialo byc i ze ,,Gora” maczala w tym paluszki ;
    Moniko,kiedys myslalam ze juz wszystko przezylam,dzisiaj wiem ze nic nie wiem 😉 i trza zaczac od poczatku ale i tez kierunek mi odpowiada 😉 😉
    Nie wiem jak to dalej powiedziec wiec poprostu Cie przytulam ❤ ❤ ❤ ❤

    • Mario, znam doskonale to „bum’! Osobiście potrzebowałam trochę czasu, aby nauczyć się akceptować, że ktoś inny nie podziela mojego zachwytu odnośnie jakiejś rzeczy lub tematu. Wydaje mi się, że taka chęć dzielenia się z innymi nowym odkryciem i jednoczesne oczekiwanie podobnej reakcji do naszej wynika z potrzeby pewnego rodzaju potwierdzenia naszych doznań z zewnątrz, wsparcia ich dodatkową energią… W chwilach zachwytu i uniesienia chcielibyśmy porwać wszystkich dookoła…
      Wydaje się, że jest pewien paradoks między chęcią życia w podobny sposób do innych (to daje poczucie przynależności, co z kolei chroni, przynajmniej powierzchownie, przed poczuciem samotności), a jednoczesną potrzebą wyróżniania się od innych, tak aby poczuć się oryginalnym , a przez to lepszym.
      Życie w podobny sposób do innych daje poczucie przynależności, co z kolei chroni, przynajmniej powierzchownie, przed poczuciem samotności). Potrzeba wyróżniania się od innych bierze się z podświadomego lęku o własną suwerenność i niezależność, obawy przed byciem wchłoniętym przez otoczenie. Reasumując: pragniemy towarzystwa bliźnich przy jednoczesnym zachowaniu niezależności. Jest to możliwe tylko wtedy, kiedy spotkają się osoby z poczuciem bezwarunkowego szczęścia płynącego od wewnątrz i respektujące wzajemnie swoją niezależność…
      To pewne, że „Góra” dokładnie przygotowała ten moment! Mario, przesyłam Ci dużo ciepła i radości 🙂 ❤ 🙂 ❤

  4. Witaj Moniko serdecznie cie pozdrawiam ❤
    Czy czytalas ksiazke (pdf) ,,Wszystko jest wibracja" pewnego( mowi o sobie) kosmity Hejala bobika cos tam ???? Dotarla do mnie zupelnie przypadkowo.Podczas mojego(spokojnego i dajacego do myslenia) komentarzu na temat osob homosexualnych (gdzie wylewaly sie najgorszego rodzaju pomyje),ktos odpowiedzial,ze opisalam dokladnie jak jest w tej ksiazce( a ja jej wogole na oczy nie widzialam),potem dalsze komentarze zostaly zablokowane przez admina ( za duzo nienawisci).Wiec wlasnie skonczylam czytac od dechy do dechy,powiem Ci, ze tak jak na poczatku ksiazka w wielu miejscach mnie rozbawila,tak teraz mysle ,ze to bardzo madry i sluszny przekaz dla nas ludzkosci,bez wzgledu na to jaka osoba ja pisala.Bardzo jestem ciekawa czy wpadla ona kiedys w Twoje rece,jesli nie to polecam i jestem ciekawa Twojej opinii.
    Natomiast wracajac do komentarza,mysle ze jest bardzo ciezko osobom,ktore juz cos ,,liznely",zyc wsrod ,,spiacych",nikt nie lubi zmian,bo sie ich boi,nie ktorym lepiej zyc we wlasnym lecz znajomym i pozornie bezpiecznym ,,smrodzie",niz poczuc zapach prawdziwego przepieknego swiata czy wszechswiata,wiekszosc nie lubi brac odpowiedzialnosci za swoje zycie, wiec oddaja swoja wolnosc w niewole religii,politykow czy niewlasciwych rzadow,by miec tylko ,,swiety spokoj" i moc ponarzekac zamiast konstruktywnie brac wszystko w swoje rece.To dziwne,ale od dawna nie mam juz poczucia samotnosci,przeciwnie nawet to lubie,bo moge sobie z soba dyskutowac 😉 😀 ,pomyslec,poczytac,a nawet kiedy jestem dosyc juz zmeczona pograc w ratowanie zwierzatek 😉 lub cos tam 😀 😀 dla zrelaksowania lub ewentualnie pogrzebie sobie w ziemi 😉 😀 😀 .Juz teraz wiem ze kazdy z nas ma swoj indywidualny poziom rozwoju duchowego i nie mamy prawa nic nikomu narzucac nawet w dobrej wierze i wiem ze musimy sami dbac o to co juz mamy,by nam nie zostalo odebrane,a swoja droga mysle ze z raz obranego kierunku nie ma juz powrotu,to sie poprostu nie da a najgorsze chyba co mogloby nam sie przytrafic to stagnacja.Czas Moniko kochana isc dalej do przodu,jestem ogromnie wdzieczna i szczesliwa ,ze dane mi bylo do Ciebie trafic ❤ ❤ ❤ 🙂 🙂

  5. Mario, nie czytałam tej książki. Natomiast zapewniam Cię, że nie cierpię na żadne fobie odnośnie ludzi: ich ras, narodowości, wiary i orientacji seksualnej. Najważniejsze jest dla mnie zawsze to, co jest w ludzkim sercu.
    Myślę, że kolejne etapy i postęp w autentycznym rozwoju duchowym zawsze są związane z opuszczeniem tzw. obszaru osobistego komfortu, a to niestety nie zawsze jest łatwe.
    Tak, nie ma drogi powrotnej z raz obranego kierunku, choć regularnie przychodzą sprawdziany z „Góry” i dopiero po ich zdaniu możemy przejść do następnego etapu.
    Serdecznie Cię pozdrawiam, Mario 🙂 🙂 ❤ ❤

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s