esencja życia

Życie to nie dar lecz odwieczne prawo. Byliśmy, jesteśmy i będziemy.

4) CZWARTE PRZYKAZANIE do poprawki: „Czcij rodziców swoich i dzieci swoje. Szanujcie siebie nawzajem i siebie samych”

6 komentarzy

Czwarte Przykazanie brzmi: „Czcij ojca swego i matkę swoją”. Biorąc pod uwagę to, jak niektórzy rodzice traktują swoje dzieci, aż prosi się, żeby uzupełnić to Przykazanie o: … „oraz szanuj dzieci swoje.” To, że mamy takich a nie innych rodziców lub takie a nie inne dzieci, nie jest przypadkiem, lecz konsekwencją planu karmicznego, który zawsze daje szansę na uzdrowienie relacji międzyludzkich. Jednym z elementów tego uzdrowienia jest nauczenie się wzajemnego szacunku: dzieci dla rodziców i rodziców dla dzieci. W tym kontekście SZACUNEK OBOWIĄZUJE W OBYDWIE STRONY! Jakiś czas temu na stronie Zdrowie.onet.pl znalazłam poruszający artykuł (Autorka: Marianna Wiosna), po przeczytaniu którego kolejny raz pomyślałam, że Czwarte Przykazanie należałoby wreszcie zmodyfikować. Oto historia opisana w tym artykule:

Szanuj ojca swego i matkę swoją. Szanuj – ale czy to znaczy kochaj bezwarunkowo? Czy na miłość nie należy sobie zasłużyć i pracować na nią przez całe życie? Nawet jeśli jest to miłość „wyssana z mlekiem matki”, czy może ona trwać wiecznie?

– Odkąd pamiętam, byłam nieszczęśliwa. Leczyłam się na depresję od okresu dojrzewania. Dopiero kiedy moja matka, umarła, zrozumiałam, że to nie była depresja – mówi Kasia. – Teraz leki antydepresyjne, napady lękowe, histerie, wydzwanianie z płaczem po przyjaciółkach czy awantury z mężem w domu o moje stany – to już przeszłość. Patrzę na ten czas, jakbym to nie była ja. Prawdziwa ja zaczęła się teraz. Nagle okazało się, że umiem się uśmiechać, że każdy dzień może przynieść mi coś miłego, że przesypiam całą noc, nie budząc się co chwilę, zmartwiała ze strachu, że przecież na pewno mi nic w życiu nie wyjdzie, że lada dzień wyrzucą mnie z pracy, bo do niczego się nie nadaję – tak każdego wieczoru zapewniała mnie mama. Nagle okazało się, że jedzenie smakuje i jak dobrze jest po prostu żyć. Cieszyć się słońcem, spacerem z dziećmi. Teraz nawet sprzeczka z szefem w pracy jest jakąś miłą rozrywką. Bo ona nie żyje. Bo jej już nie ma. Już mi nie zatruje życia, nie będzie wydzwaniać do mnie po nocy z pretensjami, z żalami, z groźbami, że się zabije, że jest sama, że jestem złą córką i o nią nie dbam, że ma raka, że ma Parkinsona i tysiąc innych chorób naraz. I że ja jestem wszystkiemu winna.

Od dziecka mnie szantażowała. Od dziecka słyszałam historię, że tatuś jest zły, że zmusza ją do seksu, że ona tak musi się męczyć. Wojowałam z ojcem nie wiedząc po co i dlaczego. Ale mama płakała, więc ja też płakałam, a skoro mówiła mi, że płacze przez ojca, to ojciec był zły. Ojciec nic nie mówił, kiedy na niego krzyczałam, kiedy go nawet próbowałam bić za mamę. Wychodził z domu.

– Każde zachowanie rodzica, które przerasta dziecko rozwojowo jest nadużyciem emocjonalnym – mówi Lucyna Klimas, psychoterapeutka z Instytutu Terapii Gestalt. – Czy da się dziecko wychować bez nadużyć emocjonalnych? Powiedziałabym, że nie da się dziecka wychować bez błędów. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie ma dramatu jeśli to jest zdarzenie jednostkowe. Ale błąd w momencie, kiedy staje się chroniczny i zaczyna obciążać dziecko emocjonalnie, być ponad jego możliwości rozwojowe wtedy staje się nadużyciem emocjonalnym i tu konsekwencje mogą być bardzo poważne i odbić się na całym życiu dziecka.

– Do dziś mam traumę, kiedy ktoś idzie się kąpać i zamyka się w łazience – opowiada Kasia. – Miałam 6 lat, kiedy rzuciła taką groźbę ojcu. Że się zabije. I zamknęła się w łazience. Od tego czasu pilnowałam jej. Po wyjściu ojca z domu, potrafiła siedzieć w wannie godzinami. A ja pod drzwiami. Płakałam, wołałam do niej. Była zadowolona, kiedy ojciec wracał do domu i zastawał mnie śpiącą pod drzwiami łazienki. Czasami nie wychodziła całą noc, dopóki nie usłyszała, że wrócił i zanosi mnie do łóżka. Wyrywałam się mu i płakałam za mamą. „Zobacz, do czego doprowadzasz” – słyszałam zza zamkniętych drzwi łazienki.

mantra

Mając 18 lat, nie byłam w stanie nawet spojrzeć na chłopaka. Po tym, co miałam w domu, relacje damsko-męskie kojarzyły mi się z piekłem. Dobrze, że w szkole miałam mądrą polonistkę. Zorientowała się, że coś się złego dzieje i wysłała mnie do szkolnego terapeuty. I się zaczęło. Kasia jest chora na depresję, ma melancholię, jest cały czas apatyczna. Zaczęły się leki i terapia i wzywanie matki do szkoły. Moje kilkakrotne próby samobójcze tylko ją rozwścieczały, bo przecież ja nie mogłam być bardziej chora od niej, bardziej nieszczęśliwa. Cały świat miał się zajmować nią, a nie mną. Jak pedagog dzwonił do domu, pytając, jak się czuję i kiedy wrócę na terapię, słyszał od niej, jak to ona się męczy ze mną i że jest na wykończeniu i że to jej należy się terapia, a nie mnie, której się w tyłku od dobrobytu poprzewracało. „Córeczka tatusia, ma w domu wszystko” – mówiła rozgoryczona. A ja w domu miałam samotność, matkę tyrankę oraz ojca, który całe życie nie wykrzyknął słowa w mojej obronie, tylko wychodził z domu. Czasami siedział na ławce przed blokiem i czytał gazetę, czekając aż matce przejdzie. Wracał do domu, kiedy gasły światła. Nigdy mnie ze sobą nie zabrał. Argumenty matki: „Jak wrócisz, ja już będę martwa” były na porządku dziennym. Może myślał, że ona się naprawdę zabije, kiedy zostanie sama i dlatego mnie nie zabierał ze sobą.

Muszę przyznać, że nie uderzyła mnie nigdy. Ale słowa, którymi karmiła mnie całe życie – były gorsze od uderzeń. Zapadają się głęboko i zostają na całe życie. Kiedyś mając 21 lata wykrzyczałam do niej, że mnie nienawidzi, że mnie nigdy nie przytuliła, że nigdy od niej nie usłyszałam dobrego słowa, więc się pytam, dlaczego mnie urodziła, mogła mieć aborcję. Zastanowiła się chwilę i powiedziała: „Szkoda, że wtedy nie przyszło mi to do głowy”. Kiedy to usłyszałam, coś jakby we mnie pękło. Coś w głowie. Przestałam słyszeć. To znaczy słyszałam, ale był to ciągły jednostajny szum. Kiedy po paru dniach nie ustępował, ojciec w tajemnicy przed matką zabrał mnie do lekarza. Skoro słyszę szumy, a miałam już za sobą historię leczenia u psychologów, to psychiatra zdiagnozował początki schizofrenii.

Miałam 21 lat, nie rozumiałam, co to znaczy. Leki, szpital, nagle wszystko się zmieniło. Niby byłam na obserwacji, ale nie były to już przyjemne wizyty raz w tygodniu u pani psycholog. Na szczęście nie trafiłam na konowałów. Jeden lekarz domyślił się chyba przyczyny, bo panicznie nie chciałam mówić o sytuacji w domu. Bałam się, że jak lekarze zaczną rozmawiać z matką to ona zacznie im zmyślać, że naprawdę jestem wariatką i zamkną mnie w tym zakładzie na dobre. Kłamałam więc, że w domu wszystko w porządku. Ale jeden psychiatra domyślił się wszystkiego, bo kazał rodzicom wysłać mnie na studia do innego miasta. Akademik, stypendium studenckie itd. Nie wiem, czym ją przekonali, może ojciec się wreszcie postawił, ale dzięki temu przeżyłam. Wyjechałam w ostatnim momencie, inaczej by było po mnie, nie wyszłabym normalna z tego oddziału to pewne. Oczywiście było lepiej, ale nie „normalnie”. Odbierałam od niej 15 telefonów dziennie, groziła, że przyjedzie do akademika i będzie robić naloty. Codziennie słyszałam, że jestem alkoholiczką, bo na pewno piję w akademiku. Uczyłam się dzień i noc ze strachu, że stracę akademik i stypendium, i będę musiała wrócić do domu. Mało jadałam, bo z domu dostawałam mało pieniędzy (Matka: „Nie mogę ci wysyłać więcej, bo znając cię, przepijesz na imprezach”). Nie wiedzieć czemu często lała mi się krew z nosa. Kiedyś, kiedy dzwoniła, dostałam krwotoku. Mówię do niej, że nie mogę z nią teraz rozmawiać, bo mi się leje krew z nosa, a ona na to, że przyjeżdża zrobić z tym porządek, bo na pewno biorę narkotyki i to przez to.

Przyjechała do mnie na uczelnię, mówiąc, że jestem narkomanką i co oni jej z dziecka zrobili. Myślałam, że się wtedy po raz kolejny załamię. Opowiadała, że się leczę i żeby mnie odesłali do domu. A dziekan do niej: „Pani córka studiuje, nikt jej tu nie trzyma na siłę. To nie jest obóz, żeby ją odsyłać”. Wezwał mnie jednak na rozmowę. Zobaczył wystraszoną dwudziestoczterolatkę, która bała się jak jakieś ranne zwierzę na polowaniu. Miałam 172 wzrostu, a ważyłam 48 kg. Dał spokój i przestał odbierać telefony od matki. Skończyłam studia, miałam chłopaka, zamieszkaliśmy razem. Gdyby nie on, nie miałabym odwagi wynająć sama mieszkania. Telefony, wizyty od niej to zawsze był koszmar. Wyszłam za mąż, urodziłam zdrowe dziecko, znalazłam dobrą pracę, ale i tak wszystko było źle. Krytyka na porządku dziennym: mój mąż jest do niczego, moje dziecko mnie nie kocha, zachowuje się dziwnie, jakieś takie nienormalne, ale czego się spodziewać, przecież ja też jestem chora. Telefony po nocach, że ona umiera, żebym przyjechała, że ma raka, że jestem potworem, jak można nie kochać starej matki. Na osiedlu podpuściła sąsiadki, które jak przyjeżdżałam w odwiedziny mówiły mi: „Pani Kasiu, nie można tak traktować starej matki. Nie dbać o nią, ona się tu wykończy bez pani”. Wzięłam kredyt i kupiłam jej mieszkanie, bo podobno mieszkanie z ojcem wpędzało ja do grobu. Przeprowadziła się. Czy było dobrze? Nie.

Zaraz potem zaczęło się, że ona ma emeryturę głodową, że zdycha z głodu, że ma córkę, która dobrze zarabia, a jej nie pomaga. Płaciłam jej 1000 zł kredytu za jej mieszkanie, sama mając własną rodzinę na utrzymaniu i wynajmując mieszkanie. Ale trudno, zaczęłam przesyłać jej 200, 300 zł miesięcznie. Przyjeżdżałam i robiłam duże zakupy na miesiąc. Wszystko za mało. Potem mój mąż stracił pracę, żyliśmy z mojej pensji, spłacając dwa kredyty – jeden za nasze mieszkanie, drugi za jej. Pytam się jej: Mamo, co jeszcze więcej mogę dla ciebie zrobić? Nie widzisz, że mi też jest ciężko? Nie widziała, a ja cały czas myślałam, przecież to jest moja matka, przecież matkę ma się jedną, ona sama jest nieszczęśliwa, nie mogę jej zostawić. I tak było przez całe życie. Kłótnie z mężem, że za często jej pomagam. Kiedy mąż odbierał telefon, jeździła po nim jak po psie – że nieudacznik, że pracy nie ma, że pewnie przepijamy wszystko, bo ożenił się z alkoholiczką. Pewnego razu zadzwoniła do mnie i powiedziała mi znowu, że ma raka, że nie życzy sobie żebym przyszła do niej do szpitala, że ona już nie ma córki, bo nie dbam o nią itd. Nie był to pierwszy raz, kiedy to mówiła. Wycieńczona pytałam jakiego tym razem ma raka, czy idzie do szpitala, gdzie jest ten szpital, że oczywiście przyjadę. „Nie – mówiła – siedź sobie w tym swoim ciepłym domu, a ja niech zdechnę sama”. Nie miałam już sił, po raz pierwszy odłożyłam słuchawkę. Pamiętam to jak dziś. Poczułam się taka zmęczona. Powlokłam się do sypialni, położyłam na łóżku, zamknęłam oczy i pomyślałam – trudno, już mam dość.

Ona ma 65 lat, ja 36. Nie mam już sił. Skoro ma raka, trudno, nie mogę już się tym przejąć. Wyłączyłam telefon i zasnęłam. Rano obudziłam się wypoczęta. Po raz pierwszy od dawna coś we mnie drgnęło – nie czułam się psychicznie źle, nie czułam nic. Ograniczyłam z nią kontakty telefoniczne. Pieniądze wysyłałam nadal. Kiedy zaczynała krzyczeć przez telefon, odkładałam słuchawkę. Napuściła na mnie sąsiadki. Nie reagowałam. Pół roku później naprawdę wykryli u niej raka. Wykrakała go sobie, może go dostała, żeby zrobić mi na złość, może to przypadek, nie wiem. Umarła w ciągu półtorej roku. Byłam z nią, kiedy było trzeba, ale już jak automat, jak manekin, nie mogła mnie już niczym sprowokować, zranić. Po raz pierwszy to ona się bała, a nie ja, więc nie miała już sił na dalsze przedstawienia. Kiedy umarła, poczułam ulgę. I szczęście. Po raz pierwszy w wieku 39 lat byłam wolna. Naprawdę wolna. Wszystkie moje stany lękowe, depresje, płacze – wszystko odeszło jak ręką odjął. Co dzień czuję spokój. Zostało jedno, na dźwięk telefonu jeszcze ciągle cierpnie mi skóra. Po chwili przechodzi. Ona już nie zadzwoni, nie muszę się więcej bać.

– Relacja matki z córką jest jedną z najtrudniejszych relacji z którymi mierzymy się w życiu. I w zależności co się w niej wydarzy, mamy takie a nie inne uczucia do tej osoby – mówi Lucyna Klimas. – Brak miłości do rodzica jest pewną konsekwencją różnych zdarzeń, najczęściej jest konsekwencją tego, że relacja z rodzicem była naznaczona ogromną dozą krzywdy i cierpienia. Relacja z rodzicem powinna się też zmieniać w ciągu życia. Jeżeli matka traktuje trzydziestoletnią kobietę jak nastolatkę, a ona nic z tym nie robi, to znaczy że się wpisuje w to bycie nastolatką. Odpowiedzialność za to, że podtrzymują taką relację, spoczywa na jednej i na drugiej stronie. Bardzo często zamiast powiedzieć jasno i wyraźnie: „Daj mi spokój kobieto, ja mam 30 lat, a nie 12”, akceptujemy taką sytuację. Może to też wynikać z tego, iż  żyjemy w przekonaniu, że utrata relacji z rodzicem zagraża naszemu życiu, tak jak w dzieciństwie, gdzie dziecko bez rodzica nie przeżyje.

Reklamy

6 thoughts on “4) CZWARTE PRZYKAZANIE do poprawki: „Czcij rodziców swoich i dzieci swoje. Szanujcie siebie nawzajem i siebie samych”

  1. Mogę tylko napisać, że moje relacje z moimi rodzicami są w zasadzie takie same jak w przytoczonych historiach. Nie mam dzieci bo tak naprawdę, moi rodzice byli moimi dziećmi. Zawsze być z nimi, dawać jak najwięcej. Poczucie beznadziei, codzienne wstawanie z jedną, jedyną myślą „niech to się wreszcie skonczy” i ten lęk. Potworne poczucie winy i żalu które w koncu doprowadziło do próby samobójczej.
    W końcu powiedziałem rodzicom i o szpitalu psychiatrycznym i tym, że czasami jadąć z wywieszonym językiem „na rozkaz” urywałem się z ważnym rozmów biznesowych. O tym i o wielu innych rzeczach.
    Co przez to osiągnąłem? Od nich usłyszałem „że jestem chorym gnojem który katuje swoich rodziców i postępuje wbrew 4 przykazaniu”.
    Od siebie usłyszałem dużo ważniejsze słwo „wreszcie człowieku odważyłeś się, jesteś wolnym człowiekiem. przyszłość należy tylko do ciebie” Teraz tylko muszę w to uwierzyć.

    Nie jestem już katolikiem, może dlatego już nie mam problemu z 4 przykazaniem chociaż kiedyś rodzice bardzo cieszyli się gdy nie mogłem wyjść z domu bez znaku krzyża czy ucałowania świętego obrazka. poziom natręctw był zbyt duzy.

    Pozdrawiam wszystkich.

    • Cześć Janusz, myślę, że w tym, co napisałeś, zawarte są najważniejsze kwestie dotyczące procesu wyzwalania się dzieci ze zniewolenia, jakie „zafundowali” im rodzice: przełamanie strachu, odwaga wsłuchania się we własny głos i wiara, która daje siłę i pozwala realizować podjętą decyzję. I również tak, jak wspomniałeś, najbardziej wykańcza człowieka poczucie winy i żalu. Cieszę się, że mimo dramatów Ci się powiodło, że dotarłeś do swojego wewnętrznego głosu, bo są też tacy, którym się to niestety nie udaje.
      PS: Strach, poczucie winy, ale też nierzadko poczucie wstydu, które rodzi się w zniewolonym i upokorzonym dziecku, potrafią całkowicie zrujnować życie takiego(potem dorosłego)człowieka.

    • Też dość długo musiałem wyzwalać sie spod panowania rodziców. W końcu się udało, oczywiście nie bez walki. Najważniejsze jest to, żeby pozbyć się poczucia winy. Wmawiali mi, że jestem na świecie dzięki nim więc mam się podporządkować. Z perspektywy widzę, że było to normalne pranie mózgu. To okropne, kiedy własnego rodzica kojarzy sie przede wszystkim z niewolą.

  2. W Polsce dużo osób mysli ze dzieci wychowuje się przez bicie. Kary cielesne to normalka . Trudno zmienic taki nastawienie. Wiem cos o tym. No a dzieci też potrafią być nieznośne. Nie ma czegoś takiego jak rodzina doskonała. Trzeba się z tym pogodzic.

  3. I jedno i drugie jest fatalne w skutkach – bezstresowe wychowanie i pozwalanie na wszystko i niszczenie osobowości przez znęcanie się nad dzieckiem. Dziękuje za ciekawy blog i pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s